Nowy numer 43/2020 Archiwum

Dylematy Ukrainy

O szansach Ukrainy z prof. Mykołą Riabczukiem rozmawia Łukasz Grajewski, redaktor portalu Eastbook.eu.

Łukasz Grajewski: Czym dla Ukrainy mogą być czerwcowe Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej?

Prof. Mykoła Riabczuk: – Na pewno należy skończyć z myśleniem, że Euro jest dla Ukrainy niepowtarzalną szansą na modernizację. Nie chcę, żeby przyszłość naszego kraju była uzależniona tylko od zawodów piłkarskich.

Znamy przykłady zawodów sportowych, które zmieniały oblicze miast-organizatorów, a nawet państw. Od strony finansowej jest to gigantyczny zastrzyk w infrastrukturę i promocję.

– Istnieje szereg przyczyn, z powodu których nie spodziewam się takich przemian na Ukrainie. Przede wszystkim brakuje nam tego, co w języku angielskim określamy mianem rule of law, czyli praworządności. A kraj niepraworządny nie przyciągnie poważnych inwestorów. To jest ogromny problem całego regionu. Analogiczną sytuację obserwujemy w bogatej w zasoby Rosji.

Mówi się, że za sukcesem kandydatury Ukrainy do Euro 2012 stoją nieformalne powiązania biznesowe ukraińskich oligarchów.

– Oligarchowie umiejętnie wykorzystali koniunkturę sprzed paru lat. Po pomarańczowej rewolucji Ukraina przebiła się do europejskiej świadomości. We właściwym czasie uruchomiono skuteczny lobbing, co umożliwiło wygraną. I bardzo dobrze się stało. Nawet jeśli nie dojdzie do poważnej modernizacji kraju, to sam fakt, że Ukraina zaistnieje jako współorganizator mistrzostw Europy, jest nie bez znaczenia.

Mieszkańcy górniczych miasteczek wokół Doniecka nie mówią o politykach w Kijowie, o prezydencie, mówią o Rinacie Achmetowie, potężnym oligarsze, od którego zależy, czy będzie praca, czy nie. To on de facto zbudował w Doniecku stadion na Euro.

– Popularność Achmetowa to popularność władcy autorytarnego, w pewnym sensie podobna do poparcia społecznego dla Aleksandra Łukaszenki na Białorusi. Na szczęście dla nas popularność Achmetowa kończy się na granicach Donbasu (okręgu przemysłowego we wschodniej Ukrainie – przyp. red.). On i jego struktury kontrolują cały region. Ludzie zamieszkujący te tereny są przekonani, że Achmetow to taki ich ojciec chrzestny, który wszystko załatwi. Tylko że on ich oszukuje. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy, jak są eksploatowani. Za ciężką pracę dostają śmieszne pieniądze. Dzięki temu Achmetow nawet w czasie kryzysu gospodarczego potrafił powiększyć swoje zasoby finansowe.

Oferuje jednak ludziom stabilność.

– Przytoczę historię, która dobrze charakteryzuje ten typ ludzi. Walentin Landyk jest biznesmenem z Doniecka i politykiem rządzącej Partii Regionów, bo przecież każdy oligarcha musi należeć do partii władzy. Landyk w pewnym wywiadzie został zapytany o różnice pomiędzy Ukrainą Wschodnią i Zachodnią. Pomimo 20 lat niepodległości to pytanie wciąż jest aktualne. Zacytuję teraz z pamięci odpowiedź Landyka: „Różnica polega na tym, że wujki – bo tak określił Ukraińców z Zachodu – nie chcą pracować. Ja im zbudowałem fabrykę w Iwano-Frankiwsku (dawniej Stanisławów – przyp. red.), a i tak musiałem sprowadzać robotników z Donbasu, bo wujki nie chcą pracować. Oni jeżdżą do Polski, zbierają tam ziemniaki, zarabiają dolary, a u mnie nie chcą pracować. Moi pracownicy z Donbasu pracują w okropnych warunkach za 200 dolarów i nie narzekają. A wujki nie chcą!”. Na koniec wywodu Landyk wysnuwa wniosek: „Trzeba zamknąć granicę, żeby wszyscy tak pracowali”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama