Nowy numer 42/2020 Archiwum

Vaclav Havel a sprawa amerykańska

Zmarły 18 grudnia zeszłego roku były prezydent Republiki Czeskiej był jednym z wielkich współczesnych głosicieli wolności przeżywanej w szlachetny sposób. Posiadał autentyczną odwagę moralną, która sprawdziła się nie tylko w świecie idei, ale również w praktyce rządzenia państwem.

Trzeba przyznać, że niewielu ludzi w minionym pięćdziesięcioleciu poruszało się między tymi dwoma światami równie pewnie. Z tej właśnie przyczyny oraz ze względu na jego osobistą odwagę, Havel przypominał mi jednego z Ojców-Założycieli Stanów Zjednoczonych, o ile można jakoś wyobrazić sobie Jamesa Madisona przyjaźniącego się z Frankiem Zappą.

Po śmierci Havla słusznie bardzo często cytowano jego wydany w podziemiu esej „Siła bezsilnych”, będący literacką dekonstrukcją moralnej tandety ówczesnej biurokracji komunistycznej. Także „Anatomia pewnej powściągliwości” („Anatomie jedné zdrženlivosti”), inny esej Havla z czasów opozycji, wymaga ponownego odczytania. Czeski dramatopisarz, pisząc go w 1985 r., skrytykował zachodnich działaczy pacyfistycznych za świadome przymykanie oczu na prawdziwą naturę sowieckiego totalitaryzmu. Oba arcydzieła Havla są nadal aktualne i przestrzegają przed niebezpieczeństwami niesionymi zarówno przez polityczny konformizm, jak i polityczny utopizm.

W chwili, gdy Stany Zjednoczone są w trakcie cyklu prezydenckiego, który będzie miał historyczne konsekwencje, przychodzi na myśl przemówienie prezydenta Havla wygłoszone 1 stycznia 1990 r. Aksamitna Rewolucja, zakończywszy okres komunizmu w Czechosłowacji, trzy dni wcześniej wyniosła Havla na Zamek na Hradczanach. Oto kilka zdań człowieka, który spędził znaczną część roku 1989 w komunistycznym więzieniu, wypowiedzianych w jego pierwszym orędziu noworocznym po wyborze na prezydenta:

„Drodzy obywatele, przez 40 lat słyszeliście w ten dzień z ust moich poprzedników na różne sposoby to samo: jak to nasz kraj kwitnie, ile milionów ton stali wyprodukowaliśmy, jacy wszyscy jesteśmy szczęśliwi... Przypuszczam, że nie zaproponowaliście mojej osoby na to stanowisko, żebym i ja was okłamywał.

Nasz kraj nie kwitnie. Wielki duchowy i twórczy potencjał naszych narodów nie jest wykorzystywany w sposób sensowny. Różne gałęzie przemysłu produkują rzeczy zbędne, gdy tymczasem brak nam wielu potrzebnych artykułów. Państwo, nazywające siebie państwem robotniczym, wykorzystuje robotników i ich poniża. (...)

Ale wszystko to [bałagan ekonomiczny] nie jest jeszcze najważniejsze. Najgorsze, że żyjemy w zniszczonym środowisku moralnym. Jesteśmy chorzy, bo przyzwyczailiśmy się co innego mówić i co innego myśleć. Nauczyliśmy się, by w nic nie wierzyć, nie zauważać innych ludzi i troszczyć się wyłącznie o siebie. Takie idee jak miłość, przyjaźń, współczucie, pokora czy przebaczenie straciły swoją głębię i kształt, i dla wielu z nas zaczęły oznaczać cechy psychologiczne, bądź staromodne uczucia z zamierzchłych czasów, odrobinę śmieszne w erze komputerów i statków kosmicznych.(...)

Kiedy mówię o zniszczonym środowisku moralnym (...) mam na myśli nas wszystkich. My wszyscy przywykliśmy do systemu totalitarnego i zaakceptowaliśmy go jako niezmienny fakt, pomagając w ten sposób w jego podtrzymywaniu. Innymi słowami: wszyscy – oczywiście w różnym stopniu – jesteśmy odpowiedzialni za działanie totalitarnej machiny. Nikt z nas nie jest tylko jej ofiarą. Wszyscy jesteśmy również jej współtwórcami.

Dlaczego o tym mówię? Byłoby bardzo nierozsądnie uznać smutne dziedzictwo ostatnich czterdziestu lat za coś obcego, co pozostawił nam w spadku jakiś bardzo daleki krewny. Przeciwnie: musimy przyjąć to dziedzictwo jako grzech, który popełniliśmy przeciwko sobie samym. Jeśli w ten sposób je przyjmiemy, zrozumiemy, że to do nas wszystkich – i tylko do nas samych – należy odpowiedzialność za to, co z tym zrobimy. Nie możemy za wszystko winić poprzednich władców, nie tylko dlatego, że byłaby to nieprawda, ale także dlatego, że stępiłoby to nasze poczucie obowiązku; obowiązku, który dziś staje przed każdym z nas: obowiązku, by działać niezależnie, w sposób wolny, rozsądnie i szybko. (...) Wolność i demokracja zakładają uczestnictwo, a więc i odpowiedzialność nas wszystkich”.

Kandydat, który potrafi mówić w tak przejrzysty moralnie sposób do narodu amerykańskiego na temat decyzji, które przed nami stoją, jest tym kandydatem, który powinien być zaprzysiężony 20 stycznia 2013.

George Weigel jest członkiem Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie

Tłum. Magdalena Drzymała

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama