Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wirtualna rewolucja, realny kłopot

Nikogo nie dziwi, że nie będzie laptopów dla każdego ucznia. Martwi, że znów zabrakło pieniędzy na pracownie komputerowe w szkołach.

Chodziło o coś na pozór oczywistego w XXI w. O zapewnienie każdemu uczniowi dostępu do komputera w trakcie zajęć z informatyki. Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało stosowne rozporządzenie wiele lat temu. Potem się z niego rok w rok wycofywało, pod naciskiem samorządów. W 2009 r. ówczesna wiceminister edukacji Krystyna Szumilas zapewniała, że ostateczny termin wejścia w życie rozporządzenia minie 1 września 2012 r. Dziś – już minister Szumilas – właśnie dała szkołom kolejny rok. Zapewne równie nierealny.

Jak nie wiadomo, o co chodzi… to oczywiście o pieniądze. Nie tylko na sprzęt, także na dodatkowe godziny dla nauczycieli. Gminy są zadłużone. Właśnie próbują zamykać szkoły, pokonując opór radnych i rodziców. Mało kogo stać na nowe zakupy i dodatkowe godziny. A zasada „przy jednym komputerze jeden uczeń” musiałaby w praktyce oznaczać podział na grupy i zmiany w siatce godzin. Decyzja ministra edukacji po raz kolejny dowodzi, że państwo bardzo chciałoby komputeryzować szkoły, ale za pieniądze gmin. W projekcie budżetu na rok 2012 znalazło się co prawda 50 mln zł na program wprowadzający e-edukację do szkół, ale nie ma ich minister edukacji, lecz resort cyfryzacji. I nie bardzo wiadomo, na co je przeznaczy.

Uczniowie przerośli mistrzów

Premier Tusk zapowiedział „informatyczną rewolucję w naszych szkołach” cztery lata temu. Wtedy to po raz pierwszy pojawił się słynny pomysł rozdawania laptopów uczniom. Wszystkim, bez względu na status społeczny. Jak wiele deklaracji premiera, tak i ta rzucona została bez rozeznania realnych możliwości wprowadzenia w życie. Wydano co prawda 19 mln zł, tyle że nie na laptopy, ale na szkolenie nauczycieli. Skądinąd słusznie, bo akurat w tej kwestii uczniowie dawno przerośli mistrzów. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez PBI/Gemius, 67 proc. polskich dzieci w wieku 10–14 lat ma komputery, zaś 62 proc. dostęp do sieci. I korzysta z internetu codziennie. Z nauczycielami bywa natomiast różnie…

Ale rząd wyraźnie przywiązał się do samego pomysłu uszczęśliwiania uczniów i powrócił do niego w marcu ub. roku. Tym razem uzbrojony w konkretne wyliczenia, skąd wziąć pieniądze na laptopy. Mieli się na nie „zrzucić” operatorzy sieci komórkowych z opłat za wykorzystywanie częstotliwości. Resort infrastruktury zaproponował, by wszyscy wespół wpłacili do budżetu państwa nie zapisane w koncesjach 900 mln euro, a jedynie 90 mln euro. Resztę mieli przeznaczyć na unowocześnienie swoich sieci i na laptopy dla uczniów (240 mln euro, czyli ok. 1 mld zł).

 

Jeden program, trzy resorty

Ciekawe, że z pomysłem wyszedł wówczas nie resort edukacji, lecz infrastruktury. To wiceminister Magdalena Gaj ogłosiła rządowy „program laptopowy”, którego start zaplanowano w roku szkolnym 2012/2013. Zgodnie z tym planem, komputer do tornistra miałoby otrzymać półtora miliona dzieci – pięć kolejnych roczników klas pierwszych. Pytana o szczegóły programu, minister odsyłała wówczas dziennikarzy nie do MEN, ale do zespołu Polska Cyfrowa, działającego przy MSWiA. Tyle że zespół ten zajmował się upowszechnianiem szerokopasmowego internetu, a z edukacją niewiele miał wspólnego.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama