Donald Trump - mesjasz jakiego (nie) oczekujemy

Jeśli sytuacja z przedstawiającym się jako nowy mesjasz prezydentem Stanów Zjednoczonych może nas czegoś nauczyć, to przede wszystkim zdrowego krytycyzmu wobec siebie nawzajem.

W życiu każdego chłopca przychodzi moment, w którym pragnie być superbohaterem. Niekoniecznie tym z peleryną na plecach, wyciągniętym wprost z amerykańskiego komiksu. Czasami takim z jak najbardziej realnego świata. Który z nas nie marzył w dzieciństwie by zostać strażakiem, policjantem czy astronautą? Jednocześnie większość chłopców intuicyjnie doskonale zdaje sobie sprawę, że są na świecie role, w które człowiekowi wchodzić nie przystoi, a nawet z dziecięcych marzeń z czasem wyrasta. Są jednak i tacy, których ambicje przekraczają te przyziemne ograniczenia – zarówno dotyczące ról, jak i granicy wieku, za którą kończą się chłopięce marzenia, a zaczyna dorosłość. Jeden z nich, pomimo szacownego wieku, postanowił właśnie zostać nowym mesjaszem, który w asyście amerykańskich myśliwców uzdrawia leżącego na marach biedaka.

W normalnych okolicznościach uznano by to za nieszkodliwe prawo wieku, ewentualnie w fazie zaostrzenia przekonania o boskiej misji nowego mesjasza skierowano by na diagnozę. W tym wypadku sprawa jest jednak nieco bardziej skomplikowana, bo w swoją mesjańską rolę uwierzył urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych. I dał temu wyraz publikując swój ostatni wizerunek w mediach społecznościowych.

Pobożny obraz przedstawiający Donalda Trumpa, namalowany cyfrową ręką najpopularniejszego malarza naszych czasów, mistrza Ej Aja, obiegł cały świat z prędkością większą niż kapsuła Orion wpadająca w atmosferę ziemską na ostatnim etapie misji Artemis II. I wywołał rzecz jasna skandal i wzburzenie, bo miliardy chrześcijan na całym świecie odebrały publikację jako obrazoburcze i bluźniercze stawianie się w roli Pana Jezusa. Sam zapytany o to prezydent zaprzeczył, twierdząc, że obraz przedstawiał go jako lekarza, a nie Syna Bożego. Nikt mu jednak nie uwierzył, bo stylistyka mesjańska zdecydowanie przewyższała w hierarchii bytów rozświetlone twarze lekarzy z „Na dobre i na złe”, a scena przywodziła raczej na myśl wskrzeszenie Łazarza niż Georga Clooney’a operującego na „Ostrym dyżurze”.

Warto dodać, że grafika była tylko ilustracją do wpisu, w którym amerykański prezydent rugał papieża Leona XIV za to, że ten nie chce wesprzeć dobrym słowem amerykańskiego ataku na Iran, a co gorsza zdecydowanie potępia rozpętaną przez USA i Izrael wojnę. Zdaniem Trumpa taka postawa ma szkodzić Kościołowi.

Dla wielu postawa prezydenta Stanów Zjednoczonych jest szokiem. Jednak dla każdego, kto miał w życiu do czynienia z osobą wykazującą cechy narcystyczne, takie zachowanie, w którym zuchwałe uwielbienie siebie jest wzmacniane bezczelnością w zaprzeczaniu oczywistym faktom, nie jest niczym zaskakującym. Nie twierdzę, że to ten przypadek i nie podejmuję się tutaj stawiania diagnoz, pewne podobieństwa są jednak wyraźne a zachowania niepokojące. Narcyz złapany za rękę na manipulacji nie tylko odpowie, że to nie jego ręka, ale jeszcze jest gotów oskarżyć cię o naruszenie jego nietykalności cielesnej. To on jest przecież Słońcem, wokół którego krążą planety, źródłem światła i ciepła, bez których nie istnieje życie. Jeśli wszyscy wokół, choćby i cały świat miał inne zdanie – tym gorzej dla świata. W osobowości o cechach narcystycznych jest coś z Ungolianty – wielkiej pajęczycy z Tolkienowskich opowieści, która była tak bardzo nienasycona, że dla zaspokojenia własnego głodu gotowa była pożreć całe ziemskie światło. A nawet po tym jej apetyt nie został zaspokojony.

Wydaje się, że w przypadku gospodarza Białego Domu widzimy na własne oczy podobny mechanizm. Coraz większy apetyt popycha nie tylko do publikowania bluźnierczych grafik ze sobą w roli mesjańskiej, ale również angażowania potencjału politycznego, a także militarnego Stanów Zjednoczonych w kolejne międzynarodowe konflikty, których fatalne skutki, w mniejszym lub większym stopniu dotykają ludzi na całym świecie.

Co jednak równie ciekawe, pomimo tych destrukcyjnych działań, ów samozwańczy mesjasz wciąż ma całkiem spore grono zwolenników, których charakteryzuje nie tyle zbieżność poglądów, co niemal religijna wiara w swojego idola. Są w stanie usprawiedliwić nawet najbardziej absurdalne i ryzykowne działanie, twierdząc, że to tylko konieczna ofiara na drodze do realizacji wyższego celu. I to, niestety również jest dość charakterystyczna cecha zjawiska narcyzmu – budowanie wokół siebie grona wiernych wyznawców, gotowych zaprzeczać temu, co widzą na własne oczy, byle tylko obronić autorytet, w który zainwestowali tak wiele własnych sił, emocji, a nawet wiary.

Być może tu właśnie leży podstawowy problem: narcyz, niezależnie czy polem jego działania jest najbliższa rodzina, jakaś wspólnota czy tzw. przestrzeń życia publicznego, żywi się podziwem otoczenia. Innymi słowy, jego samozachwyt i poczucie wszechmocy rosną wyłącznie wtedy, gdy dajemy mu paliwo w postaci naszego bezkrytycznego zachwytu. A dla jego otoczenia każdy kolejny krok religijnego wręcz zaufania autorytetowi staje się pułapką, z której coraz trudniej wyjść, nie narażając na szwank własnej samooceny.

Jak się przed tym uchronić? Zachować zdrowy rozsądek i nie przypisywać ludzkim autorytetom cech boskiej nieomylności. Człowiek względnie poukładany nie będzie miał z tym problemu, bo zdaje sobie sprawę, że nikt nie zjadł wszystkich rozumów i każdy z nas czasami popełnia błędy.

Nie oczekujmy więc od innych, że będą dla nas kolejnym wcieleniem Mesjasza. Ten raz już stał się człowiekiem i to w zupełności wystarczy. Drugiego mesjasza nie potrzebujemy.

Donald Trump - mesjasz jakiego (nie) oczekujemy   Prezydent Donald Trump. PAP/EPA/SALWAN GEORGES / POOL

Zobacz też:

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Wojciech Teister Wojciech Teister Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.