Egzamin ósmoklasisty zyskał w ostatnich latach przydomek „małej matury”. Brzmi poważnie. Dorośle. Trochę groźnie. I chyba właśnie o to chodzi – żeby brzmiał jak coś, od czego zależy przyszłość. Problem w tym, że tak tylko brzmi. Bo przecież tego egzaminu… nie da się nie zdać.
08.04.2026 13:03 GOSC.PL
A jednak atmosfera wokół niego bywa gęsta jak przed finałem Ligi Mistrzów. Nauczyciele powtarzają: „to wasza przyszłość”. Rodzice dodają: „jak nie napiszesz dobrze, nie dostaniesz się do dobrej szkoły”. Uczniowie – często trzynasto-, czternastoletni – zaczynają wierzyć, że właśnie teraz ważą się ich losy. Że jedna liczba procentowa zadecyduje o całym ich życiu.
Sam mam dziecko, które przygotowuje się do egzaminu ósmoklasisty. Rozmawiając z innymi rodzicami, ale też nauczycielami, czuję tę zagęszczającą się atmosferę wokół tematu. Widzę też, jakie ma to przełożenie na podejście do egzaminu przez moją córkę. Co jakiś czas słyszę pytanie: „A co jeśli nie zdam?”, choć wcale nie zanosi się na jakiś dramatyczny wynik.
Szkoła, zamiast być miejscem rozwoju, często zamienia się w fabrykę wyników. W systemie, gdzie wszystko da się przeliczyć na punkty, łatwo zapomnieć, że po drugiej stronie siedzi dziecko, nie projekt do optymalizacji.
Presja nie bierze się znikąd. Rodzice chcą dobrze – chcą „zabezpieczyć przyszłość” swoich dzieci. Nauczyciele też chcą dobrze – wyniki egzaminów są przecież także oceną ich pracy. System chce dobrze – bo wierzy, że selekcja i rywalizacja podnoszą poziom.
W efekcie wszyscy razem – w dobrej wierze – budujemy napięcie, które dla młodego człowieka bywa pierwszym poważnym doświadczeniem lęku przed porażką. Tyle że ta „porażka” jest w dużej mierze fikcyjna.
Straszak działa tak: jeśli nie dostaniesz się do dobrej szkoły, zamkniesz sobie drzwi. Ale czym właściwie jest ta „dobra szkoła”? Czy to budynek z lepszym rankingiem? Bardziej wymagający nauczyciele? Wyższe średnie wyników? A może po prostu środowisko, które przyciąga ambitnych uczniów? Bo jeśli to ostatnie, to warto powiedzieć jasno: to nie szkoła czyni ucznia, tylko uczeń szkołę.
Można trafić do przeciętnego liceum i wycisnąć z niego wszystko – rozwijać pasje, czytać więcej niż trzeba, szukać inspirujących ludzi. Można też dostać się do „topowej” szkoły i prześlizgnąć się przez nią bez większego wysiłku, zaliczając kolejne sprawdziany i zapominając materiał dzień po. W dłuższej perspektywie to nie nazwa szkoły na świadectwie decyduje o życiu, tylko to, co człowiek robi ze swoim czasem, ciekawością i możliwościami.
Egzamin ósmoklasisty pełni funkcję, której nie da się całkiem zanegować – porządkuje system, pozwala jakoś rozdzielić uczniów między szkoły. Ale czy musi być obudowany narracją o „być albo nie być”? Może zamiast tego warto potraktować go jak pierwszy poważniejszy sprawdzian w życiu – nie po to, żeby przestraszyć, ale żeby nauczyć radzenia sobie ze stresem, planowania nauki, odpowiedzialności. Rytuał przejścia, nie wyrok.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak gdzie indziej: po co jest szkoła? Jeśli odpowiedź brzmi: żeby zdobyć jak najwięcej punktów i dostać się do jak najlepszej szkoły – to rzeczywiście egzamin ósmoklasisty urasta do rangi wydarzenia kluczowego.
Ale jeśli szkoła ma wychowywać ludzi uczciwych, dobrych i kreatywnych – to perspektywa się zmienia. Bo uczciwości nie mierzy się procentami. Dobroci nie da się wpisać do arkusza egzaminacyjnego. Kreatywność często rodzi się poza schematem testu.
Egzamin może sprawdzić wiedzę i pewne umiejętności. Nie powie jednak nic o tym, jakim człowiekiem ktoś będzie za dziesięć czy dwadzieścia lat.
Do egzaminów ósmoklasisty pozostał jeszcze miesiąc. To dobry moment, by zamiast podkręcać napięcie, świadomie je obniżyć i zdjąć z młodych ludzi choć część presji. Może więc zamiast powtarzać dzieciom: „to najważniejszy egzamin w twoim życiu”, warto powiedzieć: „to ważny moment, ale jeden z wielu”.
Zamiast straszyć: „nie dostaniesz się do dobrej szkoły”, lepiej zapytać: „co cię naprawdę interesuje i jak możemy ci w tym pomóc”. Zamiast budować napięcie – budować zaufanie.
Bo jeśli czegoś naprawdę powinniśmy uczyć młodych ludzi, to nie tylko tego, jak dobrze wypaść na egzaminie, ale przede wszystkim jak radzić sobie z życiem. A ono – na szczęście – nie składa się wyłącznie z testów.
Karol Białkowski
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Z wykształcenia teolog o specjalności Katolicka Nauka Społeczna, absolwent Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Wieloletni prezenter i redaktor wrocławskiego Katolickiego Radia Rodzina, korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej, a od 2011 roku dziennikarz „Gościa”. Przez prawie 10 lat kierował wrocławską redakcją GN.