Jacek Dziedzina: W Rzymie, na Campo di Fiori, turyści często są przekonani, że robią sobie zdjęcia przy pomniku „pierwszego męczennika nauki”. Giordano Bruno, któremu trudno przypisać jakieś odkrycia naukowe, ewentualnie można docenić niektóre jego intuicje filozoficzne, które znalazły później potwierdzenie w nauce, jest chyba najbardziej zdziwiony takim przedstawianiem jego postaci?
O. Tomasz Gałuszka OP: Narracja o „męczenniku nauki” pojawiła się dopiero w XIX wieku. To właśnie wtedy scjentyści i głosiciele wyższości nauki nad wiarą zaczęli tworzyć swoisty katalog męczenników nauki. Tak jak chrześcijanie mieli swoje martyrologium, tak od XIX wieku zaczęło powstawać martyrologium nauki.
To nie powinno specjalnie dziwić, bo dziewiętnastowieczny scjentyzm miał w sobie wyraźny wymiar religijny.
Tak, i często się o tym zapomina, że w XIX wieku nauka zaczęła pełnić funkcję quasi-religii. Ta quasi-religia zaczęła też przejmować religijną terminologię – jednym z przykładów jest właśnie słowo „męczennik”. Od tego czasu zaczęto mówić o „męczennikach nauki”. I wtedy właśnie „przypomniano sobie” o Giordanie Brunie, ale też o Galileuszu. Próbowano nawet utożsamiać niektóre kobiety zajmujące się czarną czy białą magią ze współczesnymi chemiczkami, fizyczkami, naukowczyniami. Pojęcie martyr scientiarum, czyli „męczennik nauk”, zyskało popularność w kontekście tego religijno-naukowego dyskursu. I dziś Giordano Bruno interesuje ludzi właśnie dlatego, że już od ponad 150 lat jesteśmy w nurcie, w którym przeciwstawia się religię – w tym teologię jako naukę – naukom ścisłym. W tym właśnie kontekście pojawia się Bruno.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








