Kochamy teorie spiskowe. Obok wielu fenomenów związanych z upowszechnieniem się mediów społecznościowych ten jest zdecydowanie niedoceniany. A tymczasem miliony ludzi dzięki internetowi mogło dowiedzieć się i umocnić w przekonaniu, że światem rządzą reptilianie, lądowanie Amerykanów na Księżycu było sfingowane, a firmy farmaceutyczne posiadają skuteczne leki na raka, AIDS czy cukrzycę, tylko je ukrywają, by móc czerpać zyski z leczenia, a nie wyleczenia chorób. Smugi kondensacyjne za samolotami to w rzeczywistości toksyczne substancje rozpylane celowo w atmosferze. Nie zaszkodzi noszenie foliowych czapeczek.
Teorie spiskowe dla jednych są ulubionym tematem żartów, dla innych prostym wytłumaczeniem rzeczy skomplikowanych, niezrozumiałych lub takich, których nie akceptujemy. Stąd ich popularność i rosnące szeregi wyznawców. Ale „foliarzami” wcale nie są ludzie (mówiąc delikatnie) słabo wyedukowani. To błąd najczęściej popełniany. Przeciwnie, sieć dostarcza niezliczonych przykładów, że twórcy najdzikszych teorii obudowują je obszerną literaturą, wspierają statystyką i wykresami. Różnica między geniuszem i szaleństwem czasem nie jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.
Czy „skradzione wybory prezydenckie” też trafią do teorii spiskowych? Jeśli tak, to nie przez wizję „braci kamraci”, rozsyłających swe hufce do tysięcy komisji wyborczych (choć Roman Giertych przedstawiający mechanizm ich działania wyglądał na podręcznikowego „płaskoziemca”). Do kategorii spiskowych domniemane fałszerstwa wyborcze kwalifikuje właśnie obudowanie tej teorii licznymi modelami statystycznymi, wyliczeniami i algorytmami. W taki sposób, wcale nie metafizyczny czy spektakularny, powstają współczesne sekty. A fakt, że tworzą ją ludzie od lat programowo nabijający się z „tych drugich”, ponoć wierzących w najróżniejsze głupstwa oszołomów, paradoksalnie wcale nie jest zaskakujący. Przecież to ci oświeceni zazwyczaj wymyślają teorie spiskowe.








