W 1958 roku niemiecki teolog katolicki Richard Egenter opublikował w Kitsch und Christenleben dość arogancki atak na „kicz” w Kościele katolickim, którego uosobieniem miało być portretowanie Najświętszego Serca. Nie mieściło się mu ono w konwencji koniecznego pogodzenia w ikonografii chrześcijańskiej realizmu z symboliką. Nie akceptował też słów znanego hymnu: „O Jezu, cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego”. „W jaki sposób moje serce może być odpowiednikiem serca Boga?” – awanturował się Egenter, być może nie pamiętając, że sam Jezus powiedział: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”. Zarzut o kiczowatość najbardziej znanego wizerunku Serca Jezusa odbijał się jednak echem w wielu późniejszych (popkulturowych) wyobrażeniach wątpliwej skądinąd jakości, których przykłady oglądać można dziś choćby w kampaniach reklamowych paryskich marek. I nie było to novum. Już u zarania kultu Najświętszego Serca Jezusa pojawiały się pomysły, aby portret postaci trzymającej serce w dłoni zastępować emblematami. W wielu modlitewnikach, zwłaszcza jezuickich, pojawiają się takie właśnie ryciny. Jako symbole per se miały być bardziej wyraziste i mniej dekoncentrować odbiorcę. Mniej też – kompletnie się z tym nie zgadzam – budzić kontrowersje: o czyje właściwie serce chodzi – Boga czy człowieka?
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








