Powiedzieć, że premier Donald Tusk w sprawie sytuacji na polsko-białoruskiej granicy dokonał poglądowej rewolucji, to jakby nic nie powiedzieć. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, wówczas jako lider opozycji, na zmianę to atakował rząd Prawa i Sprawiedliwości za budowę granicznego ogrodzenia, to ironizował na temat budowanej zapory. Zapory, której w sejmowym głosowaniu nie poparło niemal żadne ugrupowanie obecnej koalicji rządzącej (poza PSL). W 2021 r. lider Koalicji Obywatelskiej twierdził, że na granicy z Białorusią „są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”, a posłowie jego ugrupowania próbowali przedrzeć się przez kordon straży granicznej z kartonem pizzy (posłowie Joński i Szczerba) czy reklamówką z Biedronki (poseł Sterczewski). Dziś ten sam Donald Tusk twierdzi, że migranci, którzy próbują dostać się do Polski ze strony białoruskiej, to „zorganizowane grupy młodych mężczyzn w wieku 18–30 lat”, a nie żadni uchodźcy. Jak doszło do tego, że nagle Donald Tusk i jego rząd zmienili swoje zdanie o falach nielegalnych migrantów? Co wydarzyło się w ciągu tych kilku czy kilkunastu miesięcy, że premier Tusk i minister obrony Kosiniak-Kamysz mówią w tej sprawie głosami Kaczyńskiego i Błaszczaka?
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








