Nowy numer 48/2020 Archiwum

Patrzę w błękitne niebo

O tym, co to znaczy być żołnierzem, o zachowaniu w chwili zagrożenia i o zamachu na jego życie z generałem Edwardem Pietrzykiem rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Barbara Gruszka-Zych: Od Iraku dzieli nas nie tylko dobrych kilka godzin lotu samolotem…
Gen. Edward Pietrzyk: – Samolotem transportowym CASA czasem trzeba było tam lecieć z międzylądowaniami 11 godzin. Obowiązujący tam islam dla nas, chrześcijan, jest systemem niezrozumiałym. To nie tylko religia, ale sposób rządzenia państwem i społeczeństwem.

Wojna trwała miesiąc. Potem miała zacząć się stabilizacja, jednak wewnętrzne podziały to uniemożliwiły. Polscy żołnierze stali się celem ataków.
– Wie pani, żołnierz nie rozumuje, ale słucha rozkazów. Nas posłała tam Rzeczpospolita, żeby wesprzeć strategicznego partnera i sojusznika – Stany Zjednoczone. Dla mnie, jako dowódcy wojsk lądowych, to było dotrzymanie sojuszu z Amerykanami, ale też wyzwanie i ogromna szansa. Wyzwaniem był odległy teatr wojny i zadania do wykonania w bardzo trudnym klimacie. Z drugiej strony – to nam Amerykanie powierzyli misję zorganizowania i dowodzenia wielonarodową dywizją składającą się z żołnierzy 30 państw. Dopiero 5. rok byliśmy członkiem NATO, ale jednak nas poproszono o to. Z dnia na dzień polskie wojsko zaczęło grać w ekstraklasie.

„Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem” – oznajmia piosenka. A kiedy Pan się na to zdecydował?
– Też jako mały chłopiec. Szybko nauczyłem się czytać i połykałem Sienkiewicza, Wańkowicza, opowiadania o przygodach wojennych. Zdecydowały też o tym tradycje rodzinne. Mój wuj Tadeusz walczył w powstaniu warszawskim, a tata Stanisław zaznał smaku dwóch niewoli – rosyjskiej i niemieckiej. Nie widziałem dla siebie innej przyszłości niż służba ojczyźnie. Nie miało dla mnie znaczenia, czy Polska jest taka, czy inna. Już przy bierzmowaniu, kiedy inni koledzy decydowali się na imiona typowe na Mazowszu, jak Stanisław czy Kazimierz, ja wybrałem – Marcin. Wcześniej poprosiłem księdza, żeby znalazł mi patrona związanego z wojskiem. Św. Marcin to rycerz rzymski, który swój płaszcz przeciął mieczem, żeby odziać ubogiego żebraka. A bierzmował mnie kard. Wyszyński.

Wybrał Pan karierę wojskową.
– Jeśli nazwać karierą to, że zaczynałem od szeregowca, a zdjąłem mundur jako generał broni, to tak. Generałem jest się zawsze, ambasadorem się bywa. Byłem, jestem i umrę żołnierzem.

A co to znaczy być żołnierzem?
– Sprawdzać się w sytuacjach ekstremalnych. W chwili zamachu 3 października 2007 miałem okazję przejść taką próbę. Kiedy w jednej sekundzie pojazd, w którym jechałem, stanął w ogniu, mój mózg pracował w sposób niesamowicie precyzyjny, zimny i beznamiętny. Siedzę na tylnym siedzeniu i rejestruję, że się palimy, że ja się palę. I w tym momencie przechodzę do wytrenowanego przez lata działania. Natychmiast zakładam kamizelkę kuloodporną, bo przez dach lecą kule i rozrywają się obok mnie (dach to jedyna nieopancerzona część samochodu). Potem zdejmuję hełm, bo się duszę, więc chowam do niego głowę, żeby uniknąć gryzącego dymu i zwalniam częstotliwość oddychania. Wiem, że zamki w samochodzie były blokowane przez kierowcę, który stracił przytomność, i że z niego nie wyjdę. Dlatego przesuwam się między przednimi siedzeniami, znajduję dziurę wybitą przez kierowaną minę i wyczołguję się na zewnątrz. Widzę, że mój kierowca Bartosz jest co najmniej ciężko ranny. Kładę się wzdłuż samochodu, przekręcam na plecy, nie czuję bólu, bo już jestem spalony, tyle że bardzo ciężko mi oddychać. Leżąc na plecach, patrzę na beznadziejne wysiłki strzelców na dachu sąsiedniego domu, którzy próbują mnie trafić. Ale samochód stoi pod takim kątem, że mnie osłania. Przez chwilę żałuję, że nie mam karabinu, bo mógłbym się bronić, a tak jestem zdany na działania żołnierza ochrony. Patrzę w piękne, błękitne niebo, jest 10 rano i wiem, że nie zginę. Ochraniający mnie żołnierz, sierżant Bartek Hebda, 27-letni młodzieniec, informuje mnie, że ma sześć magazynków z nabojami, że powiadomił ambasadę o zamachu. W pewnym momencie mówi: „Panie ambasadorze, w nogi, bo nas zabiją”. Razem z nim i z podporucznikiem Górskim, który do nas dołączył, wydostajemy się z ostrzału. Ze swoimi płucami nie jestem w stanie biec, poruszam się truchtem. Kątem oka widzę, że kierowca, śp. Bartosz Orzechowski, wyszedł jednak z kabiny i ułożył się wzdłuż muru… To było takie nasze ostatnie pożegnanie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także