Nowy numer 47/2020 Archiwum

Moją ojczyzną jest Kościół

O tym, jak lekarz został księdzem, czym fascynuje Afryka i jak zobaczyć dobro w człowieku z abp. Henrykiem Hoserem rozmawia Beata Zajączkowska.

Beata Zajączkowska: Czy Bóg musiał się bardzo natrudzić, by doskonale zapowiadający się lekarz i naukowiec odkrył powołanie kapłańskie?
Abp Henryk Hoser: – Moja decyzja jest wtórna wobec tego, co nazywamy fenomenem powołania. Pod koniec studiów odczuwałem pewien niepokój egzystencjalny. Medycyna nie przyniosła mi wszystkich odpowiedzi na pytania, jakie sobie stawiałem. Wówczas uświadomiłem sobie, że muszę dokonać wyboru. Myśl tę jednak w pierwszym odruchu odrzuciłem. Była atrakcyjna i pociągająca, ale rozsądek mówił, że kiedy moi koledzy ustawiali swoje kariery zawodowe i naukowe, zakładali rodziny, inna perspektywa była nieżyciowa. Ta nowa perspektywa powracała jednak z natarczywością i trwałością. Po roku ustąpiłem i pojechałem do pallotynów, by dowiedzieć się cokolwiek o zgromadzeniu, ale przede wszystkim o fenomenie powołania, które było dla mnie obce. Spotkałem ks. Franciszka Wielgosza. Opowiedział mi historię swego powołania. Rok później poprosiłem o przyjęcie do zgromadzenia. Ze względu na jego nie-spodziewany początek jest to w jakiejś mierze „powołanie Pawłowe”.

Św. Paweł był wcześniej Szawłem. Czy taka rewolucja dokonała się też w życiu Księdza Arcybiskupa?
– Paweł był zawsze bardzo gorliwy, ja tego o sobie nie mogę powiedzieć. W szkole podstawowej byłem zachwycony religią m.in. ze względu na fascynującą i barwną postać mego prefekta ks. Aleksandra Kamińskiego. Miał niebywały talent katechetyczny. Ukazał mi, że religia jest sprawą życiową. Później miałem pewien kryzys wiary. Nigdy od Kościoła jednak nie odszedłem, nie zrezygnowałem też z praktyk religijnych. Zawsze chodziłem na Mszę św. niedzielną. Najtrudniejszy chyba okres w życiu, jakim jest dojrzewanie, przeżyłem w dużej mierze dzięki oparciu, jakie znajdowałem w środowisku rodzinnym i rówieśniczym. Moja mama okazała się bardzo mądrym pedagogiem. Podsuwała mi „Tygodnik Powszechny”, który sama czytała. Ja, by zrozumieć, czytałem go ze słownikiem wyrazów obcych. Byłem gorliwym czytelnikiem „Poczty ojca Malachiasza”, który prostym językiem odpisywał na listy czytelników. Wprowadzał mnie w misterium wiary, w sprawy Boga i religii. To mi wystarczyło do czasu nawrócenia.

Czyli było coś takiego jak doświadczenie Szawła pod Damaszkiem...
– Już nie pamiętam od kogo otrzymałem taniutkie broszurowe wydanie Ewangelii synoptycznych pod redakcją ks. Jana Ziei. Wieczorem czytywałem fragmenty. To było dla mnie olśnienie. Później chyba na tym tle doszło do nawrócenia, kiedy zmieniłem zupełnie perspektywę życia. Całe moje życie kapłańskie potwierdziło też charakter misyjny powołania Pawłowego. Gdy wracam pamięcią do tego, co przeżyłem, sam się dziwię, gdzie byłem, co robiłem i jak wiele doświadczyłem.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama