GN 3/2019 Archiwum

Dwa dni na Marsie

O Lwowie, małych ojczyznach i pisaniu wierszy z Adamem Zagajewskim rozmawia Barbara Gruszka-Zych

Adam Zagajewski - Urodził się w 1945 r. we Lwowie. Dzieciństwo spędził w Gliwicach, studiował w Krakowie. Od 1981 r. mieszkał w Paryżu, w 2002 r. powrócił do Krakowa. Poeta, eseista, prozaik. Debiutował w 1972 r. jako jeden z twórców pokolenia Nowej Fali. Wraz z Julianem Kornhauserem stworzył zbiór esejów „Świat nieprzedstawiony”, który uważany był za manifest tego pokolenia. Obecnie jeden z najbardziej znanych i cenionych współczesnych polskich pisarzy za granicą, wymieniany wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Wydał dziesięć tomów wierszy, z których najnowszy to „Anteny” (2005). Laureat wielu prestiżowych nagród literackich, tłumaczony na wiele języków. Jego wiersz „Spróbuj opiewać okaleczony świat”, wydrukowany w tygodniku „The New Yorker” po zamachu 11 września, zdobył niezwykłą popularność wśród nowojorczyków – był kolportowany wśród przyjaciół i naklejany na samochody. Prowadzi kurs „creative writing” na uniwersytecie w Houston.

Barbara Gruszka-Zych: Właśnie wrócił Pan ze swojego rodzinnego Lwowa.
Adam Zagajewski: – Byłem tam po raz czwarty, jeżeli uznać, że pierwszy raz był wtedy, kiedy się urodziłem. Wtedy moja „wizyta” trwała 4 miesiące. Teraz pojechałem tylko na dwa dni. Wybrałem się z żoną i moim przyjacielem – amerykańskim poetą C.K. Williamsem. On odkrył, że jego babcia pochodzi ze Lwowa. Zawsze mu mówiła, że urodziła się w Austrii w mieście Lemberg. Dopiero ode mnie dowiedział się, że Lemberg to po niemiecku Lwów i że było to miasto nie do końca austriackie. Odwiedziłem dom, gdzie się urodziłem. Stoi przy niedużej ulicy Piaskowej, w pobliżu Łyczakowskiej. To bardzo skromna willa, schowana za innym budynkiem.

Kto tam dziś mieszka?
– Lekarz dermatolog, Ukrainiec mówiący po polsku, bardzo sympatyczny. Powiedziałem mu, że przyszedłem tu na świat. Zapraszał, żebym w przyszłości u niego nocował. Zobaczyłem ten dom po raz trzeci. Człowieka zawsze fascynuje miejsce, gdzie wyłonił się z kosmosu.

Dla Pana to istotne w życiu i pisaniu.
– Ważne metafizycznie... Lwów istnieje poza nurtem mojego życia zawodowego i prywatnego. Nic tam nie załatwiam, nikogo tam właściwie nie mam. To jest tak, jakbym leciał na Marsa. Ale ponieważ mam wyobraźnię, myślę, że są tam moi przodkowie, ich całe pokolenia. Oni tam na mnie czekają. To jest moment eschatologiczny.

Co Panu dały te dwa dni pobytu na Marsie?
– Nie chodziło mi o to, żeby napisać wiersz. Właściwie nie chciałem tam jechać, bo się boję, żeby te wizyty nie spowszedniały. One są za każdym razem świętem. Jestem przekonany, że ktoś, kto tak jak ja urodził się w mieście takim jak Lwów, nie interesuje się zanadto teraźniejszością miasta, tylko tym, co się kryje pod warstwą aktualności. Liczą się konkrety z przeszłości – stara klamka, brama kamienicy. Jeszcze mam ciotkę, siostrę ojca, która dobrze pamięta minione czasy. Muszę od niej wziąć spis ulic, przy których mieszkali moi wujkowie i ciotki.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji