Nowy numer 48/2020 Archiwum

Kilka centymetrów dobra

O trudnej młodzieży, języku ulicy i o tym, jak ze skinheada zmienić się w zakonnika, z ks. Przemysławem "Kawą" Kaweckim rozmawia Szymon Babuchowski

Szymon Babuchowski: Podobno zajmuje się Ksiądz trudną młodzieżą?
Ks. Przemysław Kawecki: – To jeden z mitów na mój temat (śmiech). Bo co to znaczy „trudna młodzież”? Czy to ci, którzy nie mieli pieniędzy na „koniki” i „pianino”, i teraz nawalają się na ulicach? A może trudną młodzieżą są właśnie ci od „koników” i „pianina”, którzy mają ambicje rozpalone przez rodziców i nie umieją temu sprostać? Oczywiście, praca na ulicy czy w poprawczaku nie jest mi obca. Zawsze o tym marzyłem, ale tak naprawdę to jest 10 procent tego, co robię. Bo oprócz tego studiuję socjologię o profilu medialnym, prowadzę portal muzyka.bosko.pl… A na czym polega praca z tzw. trudną młodzieżą? Na czasie, który się poświęca. Ja tego czasu mam tyle, co kot napłakał. Faktem jest, że jeżdżę na koncerty, mam kumpli, którzy grają w różnych kapelach, czasami bardzo ekstremalnych. Ale nigdy bym tego nie nazwał pracą z trudną młodzieżą. To są moi przyjaciele, z którymi się spotykam.

Księdzu pewnie jest łatwiej, bo sam był „trudną młodzieżą”…
– Kolejny mit! (śmiech). Myślę, że tak naprawdę byłem dobrym chłopakiem. Choć na stronie organizacji, która nazywa się „Nigdy więcej!” i walczy z faszyzmem w Polsce, figuruję jako jeden z neonazistów, który wydaje faszystowskie pismo. To jest jakaś część mojej historii, bo kiedyś faktycznie w takich klimatach się obracałem. Byłem skinheadem, wielu moich przyjaciół dalej jest po tamtej stronie. Zajmują się takimi rzeczami, że czasami ciarki mi po plecach przechodzą.

To dość radykalny zwrot: ze skinheada stać się salezjaninem…
– Moja historia jest bardzo prosta. W czwartej klasie podstawówki pierwszy raz usłyszałem Dezertera. I tak mi odpaliło, że przez dwa dni nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Wkrótce do naszej klasy trafił Paweł, którego brat jeździł po koncertach. Zaczęła się wspólna fascynacja punk rockiem. Składy Sex Pistols czy The Clash znaliśmy na pamięć. A kto nie znał, był frajerem. To było dziecinne, ale myśmy naprawdę starali się być rasowymi punkowcami. W naszym mieście istniała stara ekipa, która jeździła na Jarociny. Oni byli naszymi bogami, nosili irokezy, skóry. A tak naprawdę to większość z nich stała się narkomanami, którzy bardzo szybko nauczyli chłopaków z naszej paczki wąchać butapren. Mój najlepszy kumpel Paweł też się w to wciągnął. A mnie to w ogóle nie kręciło. Wręcz przeciwnie – drażniło mnie to. I w tym momencie do nas, na Mazury, zaczęli przyjeżdżać na wakacje skinheadzi ze Śląska. Wielcy wytatuowani faceci, którzy słuchają podobnej muzy jak my i mówią, że zrobią porządek w Polsce. To było to, czego potrzebowałem! Doszedłem do wniosku, że warto ogolić się na łysą pałę. Pamiętam, jak pojechaliśmy na pierwszy zlot Młodzieży Wszechpolskiej. Były hasła „Bóg, honor, ojczyzna”, a chłopakom baseballe wysypywały się z rękawów…

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama