Nowy numer 48/2020 Archiwum

To jest protest rozpaczy

O różnicy między powołaniem a zawodem i lekarskich strajkach z prof. dr. hab. Władysławem Nasiłowskim rozmawia ks. Artur Stopka

Prof. dr hab.Władysław Nasiłowski lekarz medycyny sądowej, anatomopatolog, były przewodniczący Naczelnego Sądu Lekarskiego, Naczelnej Izby Lekarskiej, wieloletni przewodniczący Okręgowego Sądu Lekarskiego w Katowicach, wykładowca etyki lekarskiej.

ks. Artur Stopka: – Gdyby był Pan czynnym lekarzem, wziąłby Pan udział w strajku?
­
prof. Władysław Nasiłowski: – Bardzo trudne pytanie. Dziesięć lat temu mój przyjaciel prof. Jerzy Zieliński, odwołując się do etosu lekarza, mówił, że lekarze nie powinni strajkować. Ale dziś rzeczywistość jest inna. Idea zawodu lekarza jako powołania do pomocy ludziom zawiodła w Polsce z powodu złej organizacji służby zdrowia. Doszło do obniżenia standardów nie samej medycyny, ale „personelu”. Nie wolno było doprowadzić ludzi pracujących w ochronie zdrowia (nie tylko lekarzy) do takiej mizerii. Publiczna ochrona zdrowia nie zdała egzaminu i doprowadziła do sytuacji, która powoduje protest.

Ale dlaczego ten protest polega na strajku?­
– Pojawia się dylemat, czy wolno protestować za pomocą strajku. Należałoby tego uniknąć. Perswadować, starać się sprawę załatwić dyplomatycznie. Problem potrzeby zreformowania ochrony zdrowia – zarówno w kwestii nakładów, jak i sposobu „odbioru” pomocy medycznej przez pacjentów – nie pojawił się dzisiaj. Od lat jest stale podnoszony przez różne gremia reprezentujące środowisko medyczne – bez efektu. Dlatego uważam, że lekarze nie powinni strajkować, ale w tym konkretnym przypadku nie ma wyjścia. Sytuacja jest podobna jak kiedyś z górnikami. Doprowadzenie ludzi do pewnej nieprzekraczalnej granicy prowadzi do eksplozji. Moim zdaniem, to jest protest rozpaczy.

Rozumiem, że Pan nie potępia strajkujących lekarzy...­
– Nie potępiam. Potępiam tych, którzy organizują ochronę zdrowia, to znaczy władze polityczne, a w szczególności Ministerstwo Zdrowia.

Pacjent szuka pomocy u lekarza, a nie u ministra.
– No dobrze, ale kto powinien dla pacjenta zorganizować tę pomoc? Lekarze? Pielęgniarki? Od tego są władze – polityczne, samorządowe. Mówimy o publicznej ochronie zdrowia, tej, którą gwarantuje konstytucja.

I którą powinni zapewniać powołani do tego lekarze. Wyobraża Pan sobie, żeby zastrajkował ksiądz albo żołnierz?
– Właśnie. Powołanie do służby. W ten sposób odezwał się kiedyś do lekarzy ówczesny wicepremier Dorn – jak będą strajkować, to w kamasze. Potraktował ich jak funkcjonariuszy publicznych.

A czy bycie lekarzem nie jest realizacją powołania w głębszym wymiarze?
– Na pewno nie można go porównywać na przykład do powołania kapłańskiego. Jest przysięga Hipokratesa, składa się przyrzeczenie lekarskie, ale nie jest to złożenie ślubu, krzyżem leżąc przed Najwyższą Władzą. To jest przyrzeczenie przyzwoitości.

Czyli do żołnierzy lekarzy też nie da się porównać?
– Też nie. W wojsku jest przysięga, jest ordynek. Ale nawet tam, jeśli chodzi o żołnierzy zawodowych, którzy mają rodziny, państwo jest zobowiązane zapewnić im odpowiednie utrzymanie. Oczywiście kwestii powołania do zawodu lekarza nie można całkiem odrzucać. Wykładając etykę, zawsze mówię studentom medycyny: „Przysięga Hipokratesa jest potwierdzeniem twojego powołania”. Ale na pytanie, czym jest powołanie do bycia lekarzem, absolwenci po sześciu latach studiów wcale nie odpowiadają jednoznacznie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama