Nowy numer 28/2018 Archiwum

Baby, chłopy, Bóg zapłać!

O tym, co go wkurza, czego się wstydzi i o czym marzy, z nadbrygadierem Januszem Skulichem, szefem akcji ratowniczej w hali wystawowej w Katowicach, rozmawia Jarosław Dudała

Jarosław Dudała: Dziękując swoim ludziom za akcję w Katowicach, powiedział Pan: „Baby, chopy, Bóg zapłać!”. Czy to tylko takie wyrażenie, czy też jest Pan osobą wierzącą?
Janusz Skulich: – Ja tym sformułowaniem chciałem podkreślić, że to się dzieje na Śląsku. Tu jest taki zwyczaj. A sam jestem osobą wierzącą.

Mówił Pan, że decyzja o zakończeniu akcji będzie Panu towarzyszyła do końca życia…
– Ja jestem pewien, że w moim życiu nie będzie już drugiej takiej akcji. Wierzę, że to było apogeum nieszczęścia, z jakim się mogłem spotkać.

A co do decyzji… Do końca życia będę miał wątpliwości, czy zrobiłem dobrze, czy źle. Mam nadzieję, że z czasem zostanie to obiektywnie wyjaśnione. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że akcja poszukiwawcza nie została zakończona, ale w pewnym momencie zmieniono jej technologię. Mieliśmy świadomość, że kolejnymi dziurami naruszamy statykę, czyli pogarszamy poziom bezpieczeństwa ratowników i że tym sposobem nikogo już nie odszukamy. Zmiana technologii służyła także ustaleniu przyczyn i odpowiedzialności. To ważne, bo może uratować komuś życie w przyszłości. Na razie wiemy, że od momentu zmiany technologii wydobyte zostały trzy osoby i nikt nie ma wątpliwości, że te osoby zginęły w momencie katastrofy. A spekulacje, że ktoś zamarzł... Ja wiem, że to jest stres dla całego społeczeństwa i gdyby znalazł się ktoś winny, to łatwiej byłoby odreagować.

Pan nieraz musiał podejmować trudne decyzje. Jak Pan sobie z tym radzi?
– Jestem mężczyzną, który chyba ma tę cechę, że potrafi ważyć różne argumenty. Na pewno nigdy nie podjąłem decyzji niezgodnej ze swoim sumieniem. A żeby sumienie było czyste, trzeba je przekonać obiektywnymi argumentami.

Co Pana najbardziej wkurzyło w czasie tej akcji?
– Wyprowadził mnie z równowagi człowiek, który w czasie, gdy wszyscy biegali, wyciągali ludzi, w ordynarnych słowach domagał się, żeby go wpuścić na miejsce, bo ma tam jakieś ważne dokumenty. Kamery filmowały, a ja krzyczałem na tego faceta. Wstyd mi za to. Trzeba było spokojnie powiedzieć: „Koniec dyskusji, nie zezwalam”.

A jak Pan reaguje na uwagi, zwłaszcza prasy niemieckiej, że akcja była źle zorganizowana?
– Odnoszę wrażenie, że grupa, która przyjechała z Niemiec, nie była najmocniejsza… Mam powody, żeby podejrzewać, że to nie byli profesjonaliści.

Z profesjonalistą by się Pan dogadał?
– Profesjonalista nigdy by nie przyjechał, zanim o to bym nie poprosił. Są do tego odpowiednie procedury, które przećwiczyliśmy choćby w czasie powodzi. Powinno być tak: strona niemiecka oferuje pomoc, np.: „Mamy pięć psów, dziesięciu ratowników, taki a taki sprzęt”. Strona polska mówi: „Owszem, potrzebujemy trzech psów, tylu ludzi, takie urządzenia”. Niemcy mówią: „Zgoda, przyjeżdżamy”. Dzięki temu strona zapraszająca wie, kiedy i jaka ekipa przyjedzie, co trzeba dla niej zapewnić. I to zaczyna działać. To jest autentyczna pomoc. Poza tym, nie ma szans, żeby pies, który najpierw leciał samolotem pasażerskim, a potem jechał taksówką, mógł z marszu wejść do działań. Taki pies jest zdezorientowany, zmęczony, musi odpocząć. Pamiętam, że gdy w straży pożarnej pojawiły się pierwsze psy, pojechałem na poświęcone temu warsztaty. Wykładowca powiedział: „Pies nie człowiek – musi mieć odpowiednie warunki do pracy i wypoczynku”.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji