GN 3/2019 Archiwum

Stuhr w Wenecji

O miejscu wiary w filmie z Jerzym Stuhrem, laureatem katolickiej nagrody im. Roberta Bressona przyznanej na tegoroczny Festiwalu Filmowym w Wenecji, rozmawia Barbara Gruszka-Zych

Barbara Gruszka-Zych: Nagroda im. Bressona to wyraz wielkiego uznania Włochów dla Pańskiej pracy reżyserskiej. W Polsce jeszcze częściej mówi się o Jerzym Stuhrze – aktorze.
Jerzy Stuhr: – Odczuwam to bardzo podobnie, choć nie narzekam. Najważniejsze, że w Polsce mogę robić filmy, nie mam trudności ze znalezieniem producenta, dystrybutora, nigdy nikt na mnie dużo nie stracił, mam stałą, liczącą około 300 tys. publiczność. Natomiast rzeczywiście istnieje ogromna dysproporcja między postrzeganiem mnie za granicą a w kraju. Za granicą przez ostatnie dziesięć lat, odkąd zacząłem robić filmy, wryłem się w pamięć jako jeden z polskich reżyserów, który zajmuje się w filmie opisem człowieka współczesnego. Ale na tę popularność złożyła się moja katorżnicza praca nie tylko artystyczna, ale i promocyjna. Ile ja się musiałem najeździć po świecie... Na ilu festiwalach musiałem być, ilu wywiadów udzielić, ile przeglądów moich filmów „obsłużyć”. To gigantyczna robota. Zmieniła moje życie, wyrzuciła mnie z teatru...

...ale warto było.
– Oczywiście, to wielkie szczęście, że moimi myślami, bo filmy to moje przemyślenia na temat życia, mogę dzielić się z publicznością na całym świecie. Już 20 lat pracuję za granicą i cieszy mnie, że udało mi się znaleźć język, który dla odbiorców światowych jest zrozumiały. Wielkimi mistrzami w tym względzie byli dla mnie Krzysztof Kieślowski i Tadeusz Kantor.

Adam Zagajewski powiedział mi kiedyś, że świat fascynuje poezja Europy Wschodniej, bo jest w niej coś serio. Czy tym „serio” w filmach, które Pan robi, jest duchowość?
– Wydaje mi się, że uważają mnie za reżysera, który penetruje zakamarki natury ludzkiej, jej kompleksy, słabości, ale zawsze robi to z miłością do człowieka, z nadzieją, że ten może się zmienić, być lepszy.

Nagroda im. Bressona została Panu przyznana za „świadectwo drogi poszukiwania duchowego sensu” w Pana autorskich przecież filmach.
– Wie pani, jaki jest największy trud przy robieniu takich filmów? Nie ma się porównań z innymi dziełami. Jak się robi filmy policyjne, to można je porównać z innymi z tego gatunku. Albo filmy historyczne czy science fiction. W filmie autorskim kryteria tworzysz sobie sam. Dlatego przy pisaniu scenariusza nie kieruję się żadnymi regułami. Choć znam reżysera, nawet się z nim przyjaźnię, który ma podręcznik i mówi, że na przykład pierwszy pocałunek musi być na 30. stronie. Bo tak jest zalecane i cześć. A ja zawsze staję przed białą, niezapisaną kartą. I to jest trudne, to powoduje, że jesteś samotny, niepewny. Ale jeśli ci się uda, że z tym twoim, czasem koślawym, myśleniem dotrzesz do drugiego, a on poczuje się jakoś dotknięty, odnajdzie z tobą więź, to jest twój sukces! Odczuwam satysfakcję, że chodząc po swoich ulicach – w Warszawie czy Krakowie – i opowiadając o nich w filmach, udaje mi się sprawić, że ich problemy są zrozumiałe i ważne dla widzów na całym świecie, nie tylko w Polsce.

A czy nagroda katolicka jakoś nie szufladkuje Pana twórczości?
– W żadnym wypadku. Natomiast zdziwiło mnie, że w uzasadnieniu przyznania nagrody, którą zaakceptowała Papieska Rada do spraw Kultury, pominięto fakt, że w każdym filmie dyskutuję z instytucją Kościoła.A ona, jak powiedział kard. Scola, może mieć też swoje defekty. Przecież z grzechu, ze słabości też się można wiele nauczyć. Uważam, że jako człowiek wierzący mam prawo dyskutować z instytucją mojego Kościoła, natomiast nigdy z religią, z wiarą.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji