Nowy numer 2/2021 Archiwum

Misjonarka

Moniko, spędziłaś już pół roku na misjach w Tanzanii. Wróciłaś, żeby obronić doktorat z teologii. Za dwa dni wracasz do Afryki. Skąd taki pomysł?

Czego już nauczyła Cię Afryka?
– Afrykanie uczyli mnie otwartości. Są bardzo bezpośredni, mają zawsze czas dla siebie, witają się pół godziny. Im się nigdzie nie śpieszy. Europejczycy mają zegarki, a Afrykanie czas. To takie oklepane hasło, ale tak naprawdę jest. Nie spotkałam się z żadną przykrością z ich strony. Potrzebna jest cierpliwość, ponieważ jest to kultura tak różna od naszej, że człowiek musi się cały czas uczyć. Ja na przykład lubię porządek, tam to wszystko bierze w łeb. W punkcie wyjścia trzeba polubić, uszanować ich kulturę. Jesteśmy tam gośćmi. Może nam się wydawać, że przyjeżdżamy z Europy, tacy cywilizowani, i tak dalej. Kiedy byłam w tej małej wiosce Siuyu, zrozumiałam, że tam, w buszu, to oni są w lepszej sytuacji od nas. My jesteśmy od nich zależni. Oni wiedzą, jak wyjść z różnych trudnych sytuacji. W Polsce dzieci, a nieraz i dorośli pokazują palcem czarnoskórego człowieka: o, Murzyn! Kiedy przyjechałam do pewnej wioski, obskoczyły nas dzieci i wołały: mzungu, mzungu, czyli biały, obcy. Afryka i praca na misjach uczą pokory.

Obrazki z kalendarzy misyjnych pokazują dość naiwny obraz Afryki. Czytając „Heban” Kapuścińskiego, zobaczyłem dramat tego kontynentu, który wydał mi się miejscem tragicznym, pozbawionym nadziei.
– Mam znajomą świecką misjonarkę z naszej diecezji pracującą, w Zambii. Na 10 jej pacjentów 9 jest zarażonych wirusem HIV. Byłam kiedyś w sierocińcu niedaleko Morogoro. Widziałam dziecko leżące na ziemi – wybrudzone, obłocone, obsikane, z palcem w buzi, na nim muchy. Tego obrazu nie mogę zapomnieć. Te dzieci dostają raz dziennie coś do jedzenia: miskę przemielonej fasoli z jakimś dodatkiem lub ugarii, czyli mąkę kukurydzianą z wodą. Mam wyrzuty sumienia, że ja jem trzy razy dziennie i to rzeczy, których te dzieci nie mają. To może człowieka zdołować. To pierwsze spotkanie w sierocińcu odchorowałam, potem jeździłam tam wielokrotnie i jak wrócę do Morogoro, nadal będę to robić. Niewiele tam mogę zdziałać, bo nie znam jeszcze ich języka. Ale z dziećmi można się bawić bez znajomości języka.

Czy jest nadzieja dla Afryki?
– Pytam siebie, co ja mogę zrobić? Jeden z moich studentów, diakon Asumpto Pambo, powiedział mi na koniec semestru, że ważniejsze niż wykłady było dla nich to, że modliłam się z nimi na nieszporach. To nie było moim obowiązkiem. Mogłam się z nimi spotykać tylko na wykładach, ale stwierdziłam, że to jest bez sensu, więc chodziłam do ich kaplicy na nieszpory. Modlili się w języku suahili, nic nie rozumiałam, ale to nieistotne. Przychodziłam systematycznie. Nie wiedziałam, że to takie ważne. I to jest może odpowiedź na pytanie, jak dawać nadzieję. Jestem z nimi, modlę się, uczę tak, jak potrafię, staram się przekazać moje doświadczenie wiary. Oni uczą mnie, ja ich. Tak jak w Kościele – wzajemnie się ubogacamy.

Co było najważniejsze dla Ciebie przy podejmowaniu decyzji?
– Zaufanie Panu Bogu. Kiedy się człowiek zgodzi z Panem Bogiem, potem jest już łatwiej. Ktoś pytał mnie, po co tak daleko jedziesz, czy w Polsce nie ma wielu możliwości pracy w Kościele. Myślę, że nie warto się licytować, gdzie kto pracuje i co robi. Trzeba tylko odnaleźć swoje miejsce, i ja je znalazłam.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama