GN 48/2020 Archiwum

Miłość nie mija

- Chcę się wyspowiadać - Teresa Ferenc po długiej przerwie podeszła do wychodzącego z konfesjonału księdza. - Tak bez przygotowania? - zdziwił się. - Całe moje życie było przygotowaniem.

W pobliskim Tereszpolu trafili do domu kuzyna ojca. – To tam na strychu z sianem usłyszałam, że mam jechać na pogrzeb rodziców do Soch – pamięta. Dziś na tamtejszym cmentarzu stoją pobielone krzyże z cementu: Ferenc Władysław 34 lata i Józefa 32. – To, co wtedy przeżyłam, nosiłam jak żarzące się węgle w siatce, która w każdej chwili mogła się przepalić. – Nie dotykała ich latami. Aż do któregoś dnia w 1978 r., kiedy jak w transie zaczęła o nich pisać wiersz po wierszu. Powstał z nich prawie cały tom „Wypalona dolina”. W młodości myślała o pisaniu prozy, ale Zbyszek poradził jej, żeby „oczyszczała” się wewnętrznie wierszami. Tamten dzień był takim oczyszczeniem. Wcześniej, przez lata milczenia, czuła się jak martwe drzewo.

Furtka w przejściu
Po wojnie Terenia mieszkała u cioci w Krasnymstawie. W 1947 r. trafiła do domu dziecka w Zamościu, potem w Międzyrzecu Podlaskim. – Ja się wychowałam w stalinowskiej szkole – mówi. – W domu dziecka nikt nie rozmawiał o Bogu. Symbolem tego, co się z nami wtedy działo, była bramka w przejściu ze szkoły do klasztornej kaplicy w Leśnej Podlaskiej. W nocy ktoś ją zamurowywał, w dzień burzył, żeby można było przejść i pomodlić się – opowiada. Ona sama przez lata raz zamurowywała, raz burzyła swoje przejścia do Boga. Nieustannie rozmawiała o Nim z mężem. – To się we mnie przerabiało, jak ciasto w dzieży – tłumaczy.

– W domu w każdą niedzielę z mamą i tatą szliśmy do Zwierzyńca, do kościółka na wodzie – wspomina. Trzymając ręce rodziców udawała ptaka i unosiła się nad ziemią. – Jak wszystkie dzieci uważałam, że Bóg to dobrotliwy dziadek z siwą brodą – opowiada. – Przygotowując się do I Komunii św. stawiałam sobie krzesełko pod osłonecznioną ścianą i czytałam katechizm. Tam było napisane, że Bóg jest w niebie, i na ziemi, i na każdym miejscu. „Też jestem miejscem, więc jest i we mnie” – myślałam. Moje zerwanie z Kościołem zaczęło się w szkole w Leśnej Podlaskiej. Zbuntowałam się, gdy kolega się żalił, że za pochówek mamy ksiądz kategorycznie zażądał opłaty. I dlatego, że zakonnicy z klasztoru, z którym sąsiadowaliśmy, nie pomagali włóczącej się po okolicy chorej umysłowo kobiecie – mówi.

Wzięli ślub kościelny ze względu na mamę Zbyszka. Była bardzo wierząca i Terenia nie chciała sprawić jej przykrości. Powiedziała o tym spowiednikowi. „Z tego co opowiadasz, to nie ma takiej siły, żeby odwrócić cię od wiary. I tak wrócisz” – stwierdził. Długi okres po ślubie nie zaglądała do kościoła. Ale dzieci posłała do Komunii świadoma, że nie chowa ich dla siebie i powinny zdecydować same.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama