GN 3/2019 Archiwum

Jestem jak koncert fortepianowy

W swoim domu w Katowicach kompozytor spędza najwięcej czasu. – Mam takie stare sitko, lekko wygięte, pęknięty plastik. Ale to dla mnie najważniejszy przedmiot, bo pamięta ręce mojej żony – mówi Wojciech Kilar.

Dziewczyna na schodach
 

Barbara Gruszka-Zych: Opowiadając o filmach, które poraziły Pana wyłącznie obrazem, wymienił Pan „Lawrence’a z Arabii” Davida Leana.

Wojciech Kilar: – Jest tam niesamowity fragment, kiedy kamera na długo zatrzymuje się na widoku pustyni, a dopiero potem, gdzieś na horyzoncie, pojawia się mały punkcik postaci, która zbliża się, rośnie.

To jak metafora Pana żony. Postać, która każdego dnia staje się bliższa.
– Doceniałem ją za życia, ale jeszcze bardziej z dzisiejszej perspektywy. Kiedy się spotkaliśmy, miałem 22 lata, a ona 18. Późno wzięliśmy ślub. Byłem już 33-latkiem, a przedtem znaliśmy się 12 lat…

Od razu wiedział Pan, że to „ta”?
– To był natychmiastowy piorun, jak w „Ojcu chrzestnym” Coppoli, kiedy mignęła mi gdzieś na schodach dzisiejszej Akademii Muzycznej w Katowicach. Już wtedy poczułem, że jesteśmy stworzeni dla siebie – jak się to banalnie mówi. Potem – ale to są sprawy bardzo osobiste – jeszcze przez jakiś czas nie byliśmy razem. Zdarzały nam się chwile trudne, ale jestem Bogu za nie wdzięczny, bo dzięki nim potem było tylko lepiej. Wie pani, może 3–4 lata przed śmiercią mojej żony spotkałem w Warszawie Tadzia Konwickiego po śmierci jego żony. I on mi powiedział, że teraz nic nie ma sensu, że wszystko, co robił, to dla Danki. Ja też w gruncie rzeczy robiłem wszystko, żeby sprawić przyjemność Basi. Nie ukrywam, a właściwie ukrywam, bo dopiero pani o tym mówię, może troszkę ryzykując, że kiedy odmawiam Różaniec, to maryjne zawołania odnoszę także do żony. Kiedy mówię: „Owoc żywota Twojego; który Cię o Panno wziął do nieba; który Cię w niebie ukoronował” – myślę o niej. Może wzięło się to stąd, że nasz kult maryjny jest ściśle związany z kultem kobiety. Pewnie feministki denerwuje fakt, że kobieta podtrzymuje mężczyznę. Ale to może działać w dwie strony. Tak samo jakaś kobieta mogłaby powiedzieć o swoim mężczyźnie, że jest delikatny, wybaczający, że ma w nim wsparcie. Nie potrafię się od tego wyzwolić, nieważne, czy to dobrze, czy źle – tajemnice Różańca odnoszę do mojej żony. Bolesną też.

Zanim się pobraliście, studiował Pan w Paryżu.
– O moim okresie paryskim wolałbym zapomnieć. Tam bardziej studiowałem życie niż muzykę. To okres, którego się wstydzę. Mówiąc zupełnie otwarcie – od 42 lat jestem stuprocentowym abstynentem. No, chyba że jakiś likier przypadkowo trafi mi się w czekoladce, wtedy nie zjadam następnej. Zresztą picie mi nie służyło. I najlepsze jest to, o czym mało kto wie, że stopniowo mi się znudziło. Piłem coraz mniej i mniej, aż zupełnie odstawiłem alkohol. Przestało mi też sprawiać przyjemność związane z nim życie biesiadne. Bo nigdy nie piłem, kiedy siedziałem w domu sam. Nie zdarzyło mi się też wziąć do ust kropli podczas pisania.

To rzadko służy twórczości.
– Wie pani, a jednak Janek Lebenstein w swojej paryskiej pracowni miał dziesiątki opróżnionych butelek. Tak jak wszystkie najcenniejsze łaski Boże przychodzą do nas przez kobiety, tak i ta przyszła do mnie przez moją Basię. Ona pierwsza przestała całkowicie używać alkoholu, nie strofując mnie ani nie prawiąc morałów. Zresztą nigdy na nic nie zwracała mi uwagi, nie mówiła „nie rób tego czy tamtego”, tylko dawała własny przykład. A to jest najskuteczniejsze. To jeden z najbardziej wyrazistych przykładów – świadectwa jej życia. Z wykształcenia muzyk, pianistka, była moim pierwszym recenzentem. Zawsze słuchała, jak gram nowy utwór na fortepianie. Wiedziałem, że jeśli nic nie mówi, to coś jest niedobrze. Że albo w danym utworze trzeba coś zmienić, albo w ogóle go zaniechać. Bardzo delikatnie sygnalizowała też, że coś jej się podoba. Muszę dziękować Bogu, że nie zbudowała mi w domu ołtarza. Nie byłem traktowany jak otoczony kultem mistrz, któremu trzeba wybaczać, znosić jego humory, ale normalny domownik, który musi zajmować się zwykłymi sprawami. Oczywiście, czasem potrzebowałem totalnej izolacji. Wtedy żona na jakiś czas przenosiła się do swojej rodziny w Katowicach.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji