Nowy numer 47/2022 Archiwum

Tyle tekstu w chorej głowie

Okazuje się, że teatr może uratować życie. Na pewno pomagają w tym spektakle realizowane przez małżeństwo Helenę Bogdziewicz-Nowak i jej męża Roberta.

Jedna z naszych aktorek myślała o samobójstwie – opowiada reżyserka. – Dlatego znalazłam „Mewę” Czechowa, w której bohaterowie zmagają się z tym problemem. Podczas gry udało się jej go przepracować – mówi. Helena i Robert, sami po PWST, założyli teatr, w którym wszystkie role grają niepełnosprawni umysłowo – kilku z porażeniem mózgowym, z zespołem Downa. O tym, żeby realizować z nimi spektakle w pełni profesjonalne, pomyśleli na serio 4 lata temu. Ich próby i przedstawienia oglądają licealiści. Głównie grupa z LO nr 46 im. Czarneckiego w Warszawie. – W teatrze opowiadam o swoim życiu – przyznaje 33-latka Kasia Lechańska, aktorka. Na co dzień czasem nie może zbyt szybko się wysłowić, niekiedy ją popędzają i śmieją się.

Na scenie bierze oddech i mówi kwestie Arkadiny z „Mewy” dźwięcznym, wysokim głosem. Staje się gwiazdą w białej sukni i kapeluszu, spod którego widać pasma jej pięknych, czarnych włosów. W świetle jupiterów odzyskuje to, czego brak jej w życiu – pewność, refleks i spokój. I nikt nie zorientowałby się, że cierpi na niepełnosprawność umysłową. – Grając, pokazuję, że mamy w sobie tę samą zawartość co zdrowi – mówi. – Nie wszyscy z nas potrafią szybko czytać, nie umiemy się skupić, ale tu uczymy się dużych kawałków na pamięć. Zapamiętałam całą książkę, tyle mam tekstu w chorej głowie – pokazuje. Jako pięciolatka dostała udaru. Dodatkowo cierpi na padaczkę. Opowiada, że wszystko przychodzi jej trudniej niż zdrowym. Czasem z tego powodu wpada w rozżalenie i wściekłość. Ale właśnie dlatego gra, żeby łatwiej było żyć.

Próby bez końca
Helena zajęła się niepełnosprawnymi przed 7 laty. Właśnie urodziło im się dziecko i chciała pracować na miejscu. Dostała zajęcia w niepublicznej szkole podstawowej, gdzie uczyły się dzieci niepełnosprawne. Pod koniec roku zgłosiła zespół na festiwal niepełnosprawnych i od razu zdobyli wyróżnienie. Mąż zaangażował się po dwóch latach. – Byłem zestresowany, niepewny w prowadzeniu tych zajęć – przyznaje. – Wszystkiego trzeba było się uczyć. Do coraz bardziej ukierunkowanego na granie wielkiej literatury zespołu wybierali chętnych ze środowiskowych domów pomocy, warsztatów terapii zajęciowej. Odstawili na bok własną pracę w teatrze i w 2006 założyli „Fundację Pomocy Osobom Niepełnosprawnym i nie tylko…” . Teraz piszą projekty zajęć teatralnych i cieszą się, kiedy uda się dostać pieniądze.

– Jesteśmy tu reżyserami, aktorami, współwykonawcami, pedagogami, terapeutami, no i przede wszystkim przyjaciółmi – wylicza Robert. – Jeśli zdarza się jakiś konflikt, nasi aktorzy najpierw przychodzą czy dzwonią do nas. Widać, że nie mogą się rozstać, bo przeciągająca się od 10.00 rano do 15.00 próba na małej scenie Teatru Kamienica w Warszawie wciąż trwa, choć aktorzy zeszli ze sceny, a po niektórych przyjechali już rodzice. – No to już kończymy? – pyta ze śmiechem Helena, ale nikt nie kwapi się do wyjścia.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy