Nowy numer 26/2022 Archiwum

Gdzie sie podziali bohaterowie?

Z Bartkiem Konopką, reżyserem filmu „Królik po berlińsku”, nominowanego do Oscara w kategorii krótkiego dokumentu, rozmawia Edward Kabiesz.

Edward Kabiesz: Czy spodziewał się Pan nominacji do Oscara? Co Pan czuł, kiedy dowiedział się o tym wyróżnieniu?
Bartek Konopka: – Było to dla mnie kompletne zaskoczenie. Startowanie do Oscara wydawało mi się bez sensu, nie wierzyłem, że nasz film może się tam przebić. Walczyła o to tylko Anka Wydra, nasza producentka. A moje odczucia po wyróżnieniu? To rozkładało się na raty. Najbardziej spontanicznie cieszyłem się nie z nominacji do Oscara, ale wtedy, kiedy o trzeciej w nocy otrzymałem SMS-em informację, że na festiwalu w Toronto dostaliśmy nagrodę Hot Docs. Później wyobrażałem sobie, że jeśli dostanę nominację, to będę krzyczał ze szczęścia, ale życie to zweryfikowało. Właśnie wtedy byłem w Rotterdamie na targach, gdzie promowaliśmy moją fabułę „Lęk wysokości”. Wiadomość o nominacji przeczytałem na komputerze, ale cieszyliśmy się wtedy tylko wewnętrznie, bo nie było miejsca na jakieś fajerwerki.

Swoim filmem stworzył Pan nowy gatunek, czyli dokumentalną baśń filmową, przypominającą bajki la Fontaine’a. Konwencja filmu przyrodniczego, co podkreśla znakomicie komentarz, okazała się niezwykle nośna.
– To alegoria zwierzęca połączona z filmem naukowym. Amerykanie mówią, że jest metaforą opowiedzianą po amerykańsku. To nie jest dokument, który opiera się na pewnej rzeczywistości i faktach. Opowiada historię hipotetyczną o tym, co to znaczy żyć w uwięzieniu, co znaczy odzyskać wolność i jaka jest cena tej wolności. Są to tematy uniwersalne, zrozumiałe też przez ludzi za oceanem.

Czy o problemach współczesnego świata łatwiej opowiadać za pomocą metafory?
– Baliśmy się, że historię Europy Wschodniej, podziału Niemiec i upadku muru berlińskiego próbujemy zmieścić w 50 minutach. Że będzie głupio, płytko i edukacyjnie. Jednak uratowało nas to, że chowamy się za konwencją filmu przyrodniczego. No bo jak w tradycyjny sposób opowiedzieć historię Europy Wschodniej w 50 minut? Byłoby to naiwne i uproszczone. Musi się znaleźć jakiś filtr, a w tym filmie jest nim historia królików. Udało się, ale równie dobrze mogło się nie udać. Dlatego tak długo trwało ułożenie filmu i napisanie komentarza, nad którym pracowaliśmy z montażystą. To zajęło pół roku, a później komentarz wyszlifował Michał Ogórek. Każdy element filmu wymagał precyzyjnego cyzelowania.

Czy uważa Pan, że reżyser ma prawo ingerować w przedstawioną rzeczywistość?
– Tak naprawdę zawsze steruje się rzeczywistością. To, co zaobserwowaliśmy wcześniej, musi się przecież przed kamerą wydarzyć, trzeba to sprowokować. Już samo postawienie kamery jest prowokacją dla ludzi. Cała reszta polega na uczciwości autora wobec tego, co zobaczył i przeżył. Film dokumentalny to jest subiektywna prawda. Od obiektywnej prawdy są newsy, które i tak często wprowadzają nas w błąd.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się