Nowy numer 50/2019 Archiwum

Cień teczki

"Korowód", najnowszy i zarazem najsłabszy film Jerzego Stuhra, zaczyna się jak thriller, zmierza w stronę tragedii, a kończy jak telenowela.

Trudno zrozumieć, czym kierowało się jury tegorocznego Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, nagradzając film za scenariusz. Wszystkie słabości tego filmu ujawniają się już na etapie scenariusza. Stąd też nie można mieć większych pretensji do obsadzonych w głównych rolach młodych aktorów, którzy nie zademonstrowali zbyt wysokiej formy. Po prostu nie byli w stanie tchnąć życia w szeleszczące papierem postacie bohaterów. Popisowo natomiast zagrali Jan Frycz i sam reżyser, występując w rolach drugoplanowych, lecz znaczących.

Kochajmy się
Film zapowiadano jako pierwszy polski film o lustracji. To nie do końca prawda, chociaż wątek lustracyjny odgrywa w nim ważną rolę. Reżyser nakręcił film ze słuszną skądinąd, ale nachalnie przebijającą się zza kadru tezą. W życiu, stosunkach między ludźmi liczy się przede wszystkim prawda i szczerość. Bo prawda, nawet po latach, może niespodziewanie wychynąć gdzieś z kąta i mocno ukąsić nie tylko tego, kto kłamał. Karę ponoszą także ci, których skazał na życie w kłamstwie. A może w takim razie lepiej żyć w nim do końca? Nie dążyć do ujawnienia prawdy, skoro zło już się stało, oszczędzając cierpienia bliskim jego sprawcy? W filmie Jerzego Stuhra wszyscy boją się prawdy. Są przekonani, wbrew temu co głosi Janowa Ewangelia w słowach „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”, że raczej zrujnuje ich życie. Nie są w stanie wydusić jej z siebie z własnej woli. Spojrzeć w twarz temu, kogo skrzywdzili i powiedzieć: „przepraszam”. Nie wierzą, że ofiara ich manipulacji może zdobyć się na przebaczenie. Tak zachowują się właśnie dwaj bohaterowie filmu, których dzieli różnica pokoleń.

Przypadek
Wszystko zaczyna się przez przypadek. Bartek Wilkosz jest studentem. Zarabia na życie pisaniem prac magisterskich, dostarcza też sensacyjne zdjęcia dla prasy brukowej. Pewnego dnia, jadąc pociągiem, wchodzi w posiadanie komórki dziwnego pasażera. Pasażer nie wraca do przedziału. Znika. Węsząc okazję zdobycia sensacyjnych materiałów, Bartek postanawia odnaleźć pasażera i odkryć jego tajemnicę. I to właśnie początek filmu, kiedy śledzimy poczynania domorosłego detektywa, jest najbardziej „filmowy”, ogląda się go z zainteresowaniem. Im dalej, tym gorzej. Film staje się coraz bardziej statyczny, zaczyna przypominać sfilmowany teatr telewizji. Podobnie jak wiele innych polskich filmów. Nie jest to zresztą wyłącznie winą samych twórców, wynika także z braku środków na poszczególne produkcje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji