Nowy numer 44/2020 Archiwum

Żyję, bo ciągle umieram

W cmentarnym kościele powstała najbardziej niezwykła praca dyplomowa w historii katowickiej ASP.

To było przerażenie. Samotność. Byłam sama w ciemnym, zimnym kościele pośrodku cmentarza. Gdy dzień był słoneczny, wychodziłam na zewnątrz i kładłam się na nagrzanej płycie pustego jeszcze grobowca, żeby się ogrzać. Nie mogłam wtedy nie wyobrażać sobie, że leżę kilka metrów niżej i że już nie żyję. To była część mojej drogi wewnętrznej – szamotania się w poszukiwaniu nadziei, poszukiwaniu oblicza Chrystusa, który przecież przeprowadza przez śmierć. Myślę, że On dał mi tę pracę, żebym się z nią oswoiła. Dał mi nadzieję. Teraz mniej boję się umierania – mówi 26-letnia Natalia Binda.

Młoda artystka podjęła się wykonania malowideł na ścianach prezbiterium oraz ołtarza i ambony kościoła Świętego Krzyża na tyskim cmentarzu parafii Ducha Świętego. W ten sposób jako pierwsza w historii katowickiej ASP – i zapewne jedna z nielicznych w Polsce – zdobyła z wyróżnieniem tytuł magistra sztuki, malując na ścianach kościoła. Promotorem pracy był szef pracowni Malarstwa Ściennego i Monumentalnego prof. Antoni Cygan.

Ks. proboszcz Franciszek Resiak starannie wybiera pracujących dla niego artystów. Główny kościół parafii zaprojektował ceniony architekt Stanisław Niemczyk, a znajdujące się w jego wnętrzu malowidła są dziełem Jerzego Nowosielskiego. Zdobienie mniejszego kościoła na cmentarzu powierzył Natalii, bo jest jego parafianką, zna ją od dziecka, sprawdził jej kompetencje, zlecając drobniejsze prace, a poza tym uważa ją za osobę pobożną.

– Pobożna... Tak, chodzę do kościoła, ale co to o mnie mówi? Moja pobożność to ciągła walka: o wiarę, o radość, o miłość. Chrześcijaństwo to nie przyjęcie gotowych recept podanych na talerzu, ale odbywająca się w codzienności walka o życie według Ewangelii – mówi Natalia Binda. Tak też jest z prawdą o krzyżu, który w jej dziele zajmuje miejsce centralne. Jak mówi artystka, nawet w naturze umieranie jest życiodajne. Np. ziarno, dopóki nie obumrze, nie przynosi plonu. Bolesne jest przepoczwarzanie się motyla, który najpierw jest tłustą gąsienicą, larwą, stworzeniem w fazie obumierania i nagle… powstaje coś niezwykłego – zjawiskowo piękny motyl. Podobnie człowiek. – W jakimś sensie potrzebujemy umierania, nocy ciemnej, poczucia straty, przedzierania się przez gąszcz problemów. Dzięki temu stajemy się dojrzalsi, mocniejsi. Tak było ze mną – mówi artystka.

Zastanawia się też nad odbiorem jej dzieła przez uczestników żałobnych uroczystości: – Co naprawdę będzie myślał pogrążony w żałobie człowiek, który będzie na to patrzył? Czy będzie miał w ogóle siłę i ochotę się zaangażować? Nie wiem. Gdy się myśli o ukochanej osobie i swoim bólu, to chyba nie widzi się niczego innego. Ale ten obraz pozostanie na lata, przewinie się tu wielu ludzi. Mam nadzieję, że kogoś to... nawet nie pocieszy, ale wprowadzi w atmosferę modlitwy, wyciszenia, uspokojenia. To byłby ogromny sukces.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama