Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ksiądz idzie za daleko

"Pon Bóg stworzył świat nie dlo sprawiedliwości, ale dlo miłości", mówił ks. Józef Tischner góralom, gdy jego chorobę uznali za niesprawiedliwe zrządzenie Boskie. Właśnie mija 10 lat od jego śmierci

Czasami się śmieję, że najpierw jestem człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem – mawiał Tischner. Ta nieco przekorna autoprezentacja stała się jednym z najczęściej cytowanych zdań popularnego duchownego. Cytowali ją głównie krytycy filozofa w sutannie, którzy zarzucali mu gwiazdorstwo, nadmierne bratanie się z salonowym układem III RP, a nawet brak lojalności wobec Kościoła. Tymczasem słynne słowa nie oznaczały bynajmniej, że swoje kapłaństwo traktował jako sprawę trzeciorzędną.

Owszem, z jednej strony narzekał, że albo duszpasterstwo zabiera mu czas na uprawianie filozofii, albo odwrotnie. Nie miał jednak wątpliwości, która z tych aktywności bardziej uczyła go prawdy o człowieku: „Siedząc w bibliotekach, uschnąłbym, robiąc filozofię dla wyimaginowanego człowieka. A tak musiałem się konfrontować z człowiekiem umierającym, człowiekiem zdradzonym (...). Nieustannie musiałem naginać transcendentalną teorię konstytucji Husserla do potrzeb Marysi czy Kasi w przedszkolu”. Jeszcze prościej i dobitniej powiedział to samo u kresu życia: „Jeżeli do czegoś doszedłem w filozofii człowieka, to tylko dzięki wglądowi w sytuacje wyznawane podczas spowiedzi”.

Prawda po góralsku
Kiedy mówił: „Nie jestem z prawicy ani z lewicy, tylko z Łopusznej”, to nie był unik, tylko całkowicie szczera deklaracja ideowa. Słynne powiedzenie Tischnera, że marna to filozofia, której nie da się przełożyć na język górali, nie było zwykłą kokieterią. Swoją teorię o homo sovieticus, czyli człowieku mającym postawą roszczeniową, zadowalającym się pozorami dobrobytu i wolności, tak tłumaczył góralom: W czasach komunistycznych przyjechał na Podhale biskup. Jeden góral jechał na koniu, żeby go przywitać. Zatrzymał go milicjant i pyta, dokąd jedzie.

A chłop na to: Koń mój, dusa moja, nic wam do tego, ka jade. „I tu widać – mówił Tischner – że nie był to homo sovieticus, bo koń był chłopa, a nie pegeerowski. A po drugie – dusa moja. A homo sovieticus nie ma duszy, tylko wysoko zorganizowaną energię”. Kiedy podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium, sprzeciwiał się temu jego ojciec, dyrektor szkoły w Łopusznej. Bał się, że straci pracę, mając syna kleryka. Najpierw zatem Józek studiował w Krakowie prawo. Po roku jednak przeniósł papiery na teologię. W swoim dzienniku napisał: „No i w ten sposób zamiast być narzędziem ziemskiej sprawiedliwości, stałem się narzędziem Bożego miłosierdzia”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także