Nowy numer 43/2020 Archiwum

Dyplomacja w sutannie

O tym, jak się zostaje watykańskim dyplomatą, z ks. Romanem Walczakiem, dyplomatą Stolicy Apostolskiej w Liberii, rozmawia Beata Zajączkowska.

Beata Zajączkowska: Po co przyjmować święcenia, by ostatecznie stać się urzędnikiem?
– Służba dyplomatyczna Stolicy Apostolskiej nie jest służbą urzędniczą czy biurową. Powiem więcej, jest bardzo duszpasterska. Głównym zadaniem dyplomacji papieskiej jest kontakt z Kościołem lokalnym, z biskupami, duchowieństwem, wspieranie tego Kościoła, a także przekazywanie informacji o jego działalności do Rzymu. Na drugim miejscu stoi dopiero kontakt z rządem kraju, w którym nuncjatura reprezentuje Ojca Świętego. Ale także w tym zakresie kapłanowi dyplomacie nie brakuje okazji, żeby być duszpasterzem. Spotkania z prezydentami, premierami czy ambasadorami są doskonałą okazją, by „przemycać” prawdę o Dobrej Nowinie.

Akademia, która uczy dyplomatów w sutannach, na początku nazywała się Akademią dla Duchowieństwa Szlacheckiego. Czy „błękitna krew” wciąż jest kryterium przyjmowania na uczelnię?
– W pierwszym okresie istnienia do akademii mogli wstępować tylko duchowni z Włoch, pochodzący ze szlacheckich rodów. To się zmieniło. Dziś akademia przyjmuje kapłanów diecezjalnych z całego świata, wywodzących się ze wszystkich klas społecznych. Włosi cały czas stanowią najliczniejszą grupę, ale nie są już w większości.

Rekrutacja jest nietypowa, to uczelnia wybiera studenta…
– Nie można zgłosić się do akademii z własnej inicjatywy. Kandydata proponuje uczelni biskup diecezjalny lub kardynał. W porozumieniu z Sekretariatem Stanu władze akademickie decydują o jego przyjęciu. Procedura naboru jest długa. Ostatnim etapem jest rozmowa kwalifikacyjna przed komisją złożoną z wytrawnych dyplomatów. Zakres pytań jest właściwie nieograniczony. Można być przyjętym do akademii w trakcie przewodu doktorskiego, ale doktorat trzeba obronić przed ukończeniem studiów.

Jakie doświadczenie Kościoła przynieśli ze sobą koledzy z akademii?
– Pochodziliśmy z 17 krajów, m.in. z Kanady, Hiszpanii, Chorwacji, Ukrainy, Meksyku, Ekwadoru, Egiptu, Indii i Libanu. Jedni przynosili doświadczenie Kościoła prześladowanego, doświadczonego przez różnego rodzaju konflikty, inni Kościoła cieszącego się wolnością, ale zlaicyzowanego. Ja zawsze mówiłem z dumą o naszym polskim Kościele, o jego historii, męczeństwie, prostej, ale głębokiej i autentycznej pobożności i wierze.

Co było w czasie nauki w akademii najtrudniejsze?
– Rektor powtarzał często, że wstępując w szeregi dyplomacji papieskiej, musimy w pewnym sensie ograniczyć swoje narodowe ambicje, narodowe przywiązania. Nie znaczy to, że mamy przestać być Polakami czy Włochami, ale że reprezentując Ojca Świętego, mamy być bardziej uniwersalni, otwarci, patrzeć na rzeczywistość bardziej z perspektywy Rzymu niż Polski. Myślę, że to stawanie się bardziej rzymskim było najtrudniejszym zadaniem.

Złośliwi, a może zazdrośnicy, mówią, że cała nauka polega na tym, jak trzymać kieliszek z winem i posługiwać się sztućcami…
– To pytanie jest właściwie pytaniem o sens i cel tzw. protokołu dyplomatycznego czy, jak kiedyś mówiono, etykiety. Kiedy przyjrzymy się dokładnie tym wszystkim regułom zachowania
się, to bez trudu dostrzeżemy ich praktyczny cel. Na przykład czerwone wino podajemy w kieliszku o dużym kielichu i niezbyt wysokiej nóżce, gdyż zetknięcie się kieliszka z ciepłą ręką nie wpływa zasadniczo na smak wina. Te zasady są drugorzędne, ale warto je znać i stosować także dlatego, że są doskonałą okazją do wyrażenia szacunku wobec innych.

Liczba studentów nie przekracza 32. Mieszkacie w konwikcie, jadacie i modlicie się razem z wykładowcami. To jak koszary i podobno zarazem lata intelektualnej musztry?
– Studia w akademii są kameralne. Podczas ostatniego roku było nas 25. Mieszka się, modli, studiuje, je posiłki pod jednym dachem. Studiujemy historię dyplomacji, prawo międzynarodowe, dyplomację kościelną, styl dyplomatyczny, no i oczywiście języki obce: obowiązkowo włoski, hiszpański, francuski i angielski. Na koniec studiów zdaje się pisemny i ustny egzamin ze wszystkich tych dziedzin. Był to chyba najbardziej obszerny egzamin, jaki zdawałem w życiu. Ale nie powiedziałbym, że były to koszary. Akademia ma swoje reguły, zasady, tradycje, ale nie jest to jakiś sztywny i zamknięty instytut. Jest też wiele ciekawych zwyczajów, na przykład co miesiąc każda grupa narodowa przygotowuje tzw. nieformalną kolację. Można zasmakować wtedy egzotycznych potraw, poznać kulturę innych narodów, no i jest to też okazja, żeby przyjść bez garnituru. (śmiech)

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama