Nowy numer 43/2020 Archiwum

Głos milczącej Francji

Duchowny symbolem Francji? Ojciec Pierre przełamał stereotyp samych Francuzów. Odszedł człowiek, który stał się sumieniem narodu. Nie tylko z powodu ubogich, którym poświęcił życie

Georges był po próbie samobójczej. – Nie mam ci nic do zaoferowania – powiedział mu ojciec Pierre. – A ty nie masz nic do stracenia, skoro chcesz umrzeć. No, więc zanim się zabijesz, proszę cię o pomoc, żeby pomóc innym – dodał. I w ten sposób zyskał pierwszego compagnon – towarzysza. To było lato 1949 roku. Czas, w którym francuski kapucyn ochrzcił swoje stowarzyszenie pomocy najuboższym ewangeliczną nazwą Emmaus.

Nie spodziewał się, że zasięg tego dzieła przekroczy jego wyobraźnię. Odszedł na drugą stronę, pozostawiając ruch liczący 115 wspólnot we Francji, ponad 400 grup w kilkudziesięciu krajach i dziesiątki punktów pomocy. Zostały tysiące bezdomnych i ubogich, którzy otrzymali motywację do wzięcia życia w swoje ręce. Abbé Pierre (ojciec Pierre), katolicki duchowny, przez dziesiątki lat był symbolem Francji. Państwa, które od dawna pracuje nad tworzeniem symboli z całkiem innego świata.

Już nie bezdomni
Człowiek-legenda. Takiego określenia doczekał się jeszcze za życia. Znany na świecie jako abbé Pierre, używał tego pseudonimu w czasie okupacji hitlerowskiej. I tak zostało. Wiele osób dopiero po śmierci dowiedziało się, że Henri Grous to prawdziwe nazwisko zakonnika, który zyskał wielką sympatię i popularność dzięki swojemu zaangażowaniu na rzecz ubogich. Urodził się 5 sierpnia 1912 roku w Lyonie. Prawdopodobnie z domu rodzinnego wyniósł wrażliwość na potrzeby bliźnich: jego ojciec był członkiem bractwa religijnego, które opiekowało się ubogimi.

Był konsekwentnym społecznikiem. Oprócz udziału we francuskim ruchu oporu, w latach 1945–51 był członkiem parlamentu. Już wtedy zasłynął jako człowiek upominający się o prawa i godność ludzi wyrzuconych poza margines społeczny. W 1949 roku założył pierwszą wspólnotę Emmaus.

Nie chciał jednak tworzyć tylko noclegowni czy schronisk dla bezdomnych. Uważał, że każdy z nich powinien sam zadbać o swoje życie. Dzisiaj wspólnoty prowadzą własne sklepy z używanymi, naprawionymi przez mieszkańców (compagnons) rzeczami. W ten sposób, kiedyś bezdomni, zarabiają na skromne, ale godniejsze życie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także