Nowy numer 48/2020 Archiwum

Panowanie czy służba

Dorwać się do władzy, to znaczy zazwyczaj zdobyć większość w parlamencie i zająć stanowiska w rządzie.

Felieton sprzed tygodnia kończył się nutką żalu, że odeszliśmy (dawno, bardzo dawno temu) od koncepcji państwa, w którym najważniejszą rolę odgrywałyby sądy. Władza kojarzy się nam z rządem, prezydentem, parlamentem, o sądach mówi się wprawdzie „władza sądownicza”, ale pozostaje ona jakoś na dalszym planie: dorwać się do władzy, to znaczy zazwyczaj zdobyć większość w parlamencie i zająć stanowiska w rządzie i administracji (aczkolwiek sądy to też łakomy kąsek do odzyskania). O sądach mówi się, że są niezawisłe, ale – po pierwsze – sędziów powołuje prezydent, a więc inna władza, oraz – po wtóre – sędziowie orzekają według prawa uchwalonego przez sejm, czyli podlegają pośrednio innej władzy (nawet gdy rządzący nie usiłują ingerować w funkcjonowanie sądów).

Władza ustawodawcza narzuca więc sądom prawo, często niestety nader kiepskiej jakości. Co gorsza, ustrój demokratyczny jest nieodłącznie związany z systemem partyjnym. Skutki tego są takie, że posłowie znaczną część czasu i sił poświęcają tworzeniu ustaw dobrych przede wszystkim dla własnej partii politycznej. Demokracja partyjna ma zabójczą cenę. Harce partyjne toczą się na koszt obywateli. Co więcej, demokracja była pomyślana jako sposób organizowania życia narodów szanujących przyrodzone prawa ludzi wolnych i równych, czyli takich, w których nie ma panujących i poddanych, lecz wybiera się (i utrzymuje) rządzących, aby troszczyli się o wspólne dobro całego społeczeństwa, po prostu służyli ludziom, ułatwiając im harmonijne i pokojowe współżycie.

Tak jest w teorii (może też tu i ówdzie w praktyce). Ale okazuje się, że rządzący są słabo odporni na pokusę panowania (nawet zdarza się, że przyznają się do takich ciągot). A to prowadzi do ustawienia „nad” i „pod”: są wtedy podwładni, kierowani, oceniani, wychwalani, ale też napiętnowani, potępiani, wykluczani – a wszystko to wedle kryteriów władzy. Zamiast troski o spójnię społeczną i o umacnianie wspólnoty społecznej i kulturowej, antagonizuje się ludzi, ustawia ich na biegunach. Zamiast budzić aktywność i wspierać inicjatywy obywatelskie, społeczne czy samorządowe, traktuje się je pobłażliwie czy zgoła tłamsi.

Zamiast wzmacniać poczucie bezpieczeństwa, wznieca się świadomość ciągłego zagrożenia i podsyca nieufność, praktycznie do wszystkich. Rozrastają się i mnożą instancje kontrolne i instytucje gromadzące „haki”. Zamiast pokoju lansuje się hasło ciągłej walki z przeciwnikami, a do obiegu wraca nazwa „wróg”, przeważnie urojony, mgliście definiowany... Niewątpliwie, można powiedzieć, że to słabości ludzkie. Ale skoro tak łatwo dochodzą do głosu i do władzy (a tak dzieje się przecież w wielu państwach), to może błąd tkwi w samej koncepcji państwa sprzyjającej pojmowaniu je jako władztwo, a nie jako służbę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama