Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Buzia wesołego Einsteina

Kto nie potrafi być dzieckiem do końca życia, bywa niebezpieczny dla otoczenia

Pamiętacie? Jakiś niecały rok temu usłyszałem zarzut, że ja nie lubię dorosłych, bo ciągle piszę o dzieciach. Kocham dorosłych, kocham dzieci. Ale to nie dorośli, a dzieci podsuwają mi najlepsze tematy. Są bardziej bezpośrednie, nie nakładają na siebie masek. Różnych masek: bo tak wypada, bo co sobie o mnie pomyślą, bo się zbłaźnię – i tak dalej. Ja też nakładam maski, ty też. Takie jest nasze, dorosłe życie.

Julka nie ma jeszcze sześciu lat, ale ma młodszego braciszka i starszą siostrę. Natalkę podziwiam za jej zaangażowanie w życie – szkoła, skrzypce, zakrystia. No i dom. Wszystko odległe od siebie po kilka kilometrów. Mała Julcia patrzy na życie bardzo trzeźwo. I nie mówcie, że to dziecinne. Kiedyś wyrwało się jej: „No to Natalka. A ja nie. Czy każdy musi być Einsteinem?”. Pytam rodziców, skąd wzięła tego Einsteina. Nie wiedzą. I to już ją zdradza jako kandydatkę na kolejnego Einsteina.

Przecież skądś wie i całkiem logicznie przywołała postać wielkiego fizyka. Zobaczymy, co będzie dalej. Ale jeszcze bardziej utkwiło mi w pamięci inne spostrzeżenie małej. Wnikliwie dziecko patrzy na świat. Zapytała kiedyś: „Dlaczego ludzie są tacy smutni?”. To nie było jednak pytanie. To było zdumienie dziecka, dla którego świat jest na tyle piękny, a życie na tyle cudowne, że smutek nam nie przystoi. A dorośli zrobili z tego swojego smutku jakiś dziwny ceremoniał. Nieraz wypada – tak sobie wmawiamy – być smutnym, zawsze trzeba uszanować czyjś smutek, a ze smutnym obchodzić się jak z jajkiem – najważniejsze, by się nie zbiło.

Ale koniec końców Julcia schowała się przede mną w kącie koło lodówki. Przykucnąłem za nią, lekko rękę na ramieniu położyłem i coś tam próbuję mówić. Wszedłem w rolę dorosłego. Gdzieś w podświadomości założenie, że dziecko może się speszyło, może przestraszyło, może obraziło. Mała nagle się odwróciła i na wysokości mojej twarzy zobaczyłem zawadiacko uśmiechniętą buzię wesołego Einsteina. Bąknąłem tylko: Przepraszam. Julcia pewnie nie wiedziała, za co ja ją przepraszam. Otóż za te moje półświadome podejrzenia w stosunku do niej. A przecież to ona usiłowała mnie rozbawić, przysłuchując się zbyt poważnej rozmowie dorosłych. Kto nie potrafi być dzieckiem do końca życia, bywa niebezpieczny dla otoczenia – lubię tę sentencję. Jest rodem z Ewangelii.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama