Nowy numer 48/2020 Archiwum

Jak oni czekają!

To nie ja bioręJezusa ze sobą.To On mnie prowadzi do tych ludzi, którzy zawsze Mu byli, i są, szczególnie bliscy. Ja jestem tylko Jego kierowcą

Znowu dziś byłem u chorych. Dwa sobotnie przedpołudnia w miesiącu na to poświęcam. A warto. Od pierwszego wikariatu chodziłem do chorych. Bo wtedy się chodziło, albo jeździło rowerem. I to było dobre, bo było widać księdza, że jedzie z Najświętszym Sakramentem.

Był czas, gdy z Komunią jeździłem tramwajem. W wagonie robiło się cicho, jak w kościele. Zamiast ministranta, dzwonił motorniczy. Od lat posługuję się samochodem. I to też jest kapitalne, bo tracę mniej czasu. A czas to człowiek. Przecież trzeba wysłuchać opowieści o tym, co boli. Znam te historie na pamięć. Ale słucham. Bo dla chorego nie istnieje jeden ból, czy jedna i ta sama dolegliwość. Ta dzisiejsza jest inna, całkiem inna niż wczorajsza. Każda bolączka jest jakby kimś, kto ma własne imię. I swoją własną twarz – czasem wrogą, a czasem twarz wiernego przyjaciela, który, choć dokuczliwy, zawsze jest obecny. Potem jeszcze trzeba pogadać z papugą – cierpliwą towarzyszką długich, samotnych dni. I psa pogłaskać – bo bez jego obecności pustka mieszkania byłaby dla chorego nie do wytrzymania.

Pobożna dusza zapyta: A Pan Jezus? Czy ksiądz o Nim nie zapomniał? Nie!!! On jest moją szczególną radością w dniach odwiedzin chorych. To nie ja biorę Jezusa ze sobą. To On mnie prowadzi do tych ludzi, którzy zawsze Mu byli, i są, szczególnie bliscy. Ja jestem tylko Jego kierowcą – i jestem dumny z tego powodu. Kierowcy lubią gadać bez końca. Ja tak samo. Zagaduję Jezusa na różne tematy. Może to modlitwa? A może tylko takie szoferskie gadanie? Dziwne, ale czasem jakbym w swoim wnętrzu słyszał Jego odpowiedzi na moje pytania, wątpliwości, przechwałki, żale... Pewnie mi się zdaje. Ale gdy potem wchodzę do mieszkania kolejnego chorego, jestem spokojny, szczęśliwy. A to takie potrzebne, bo mam podać Komunię – Jezusa w sakramencie. A temu musi towarzyszyć spokój i pokój. Dlatego nie wolno mi się spieszyć. Dobrze, że samochód pozwala zaoszczędzić nieco czasu.

A jak oni czekają! Zwykle jestem u każdego i każdej chorej o tej samej porze, no, kwadrans prędzej czy później. Stolik nakryty od wczesnego rana, co chwila wyglądanie przez okno. „Już myślałam, że ksiądz nie przyjedzie”. Ksiądz? Tak się tylko mówi. Naprawdę to oni czekają na Jezusa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama