Nowy numer 6/2023 Archiwum

Chip ma narodowość

Stany Zjednoczone idą na wojnę z Chinami. Spokojnie, na razie tylko na wojnę technologiczną. O ile „pójściem na wojnę” można nazwać program odbudowy własnego rynku półprzewodników. Można – Chiny czują się zagrożone.

Budżet prawdziwie wojenny: ponad 280 mld dolarów. Taką kwotę w lipcu tego roku przyznał amerykański Kongres w ramach CHIPS Act 2022, ustawy, która ma na celu – cytuję za preambułą – „wzmocnienie krajowej produkcji, projektowania i badań półprzewodników, wzmocnienia gospodarki i bezpieczeństwa narodowego oraz wzmocnienia amerykańskich łańcuchów dostaw chipów”.

Ściąganie swoich

Determinacja Amerykanów jest tak duża, bo dane są alarmujące: udział produkcji półprzewodników w zakładach zlokalizowanych w samych Stanach zmniejszył się z 37 proc. w 1990 r. do 12 proc. w roku bieżącym. Nie chodzi o amerykańską produkcję półprzewodników w ogóle, bo ta pokrywa nadal ok. 50 proc. rynku światowego, ale właśnie o tę część produkcji, która prowadzona jest na terytorium USA. Czyli daje miejsca pracy Amerykanom. Dlaczego tak niewielka część tej działalności odbywa się w USA? To proste: rządy innych krajów, głównie azjatyckich, przez lata inwestowały w ten rynek, oferując firmom zagranicznym, w tym amerykańskim, liczne ulgi i tańszy proces wytwarzania u siebie. Dotyczy to oczywiście nie tylko technologii, ale i wszelkich innych branż: stało się niemal normą, że wielkie zachodnie marki „po taniości” produkują swoje markowe produkty w Chinach, Tajlandii, Pakistanie i innych krajach, obniżając w ten sposób koszty produkcji, ale równocześnie pozbawiając rodzimy rynek pracy możliwości zatrudnienia. Trudno się jednak dziwić, że firmy, nie mając dobrych warunków do prowadzenia biznesu u siebie, wybierały tańszą opcję produkcji. Skąd zatem to nagłe przebudzenie w USA i determinacja, by produkcję półprzewodników i prowadzenie badań nad rozwojem chipów sprowadzić z powrotem na własne terytorium? Chodzi nie tylko o miejsca pracy. To również kwestia bezpieczeństwa w sytuacji, gdy od bezpiecznego łańcucha dostaw półprzewodników zależy funkcjonowanie całej gospodarki z jednej strony i przemysłu obronnego z drugiej. A że głównym odbiorcą chipów na świecie są właśnie amerykańskie firmy technologiczne, Amerykanie nie mogli dłużej tolerować faktu, iż ponad 80 proc. produkcji tak wrażliwych komponentów odbywa się poza terytorium USA.

Świat z komponentów

To wszystko sprawiło, że amerykański Kongres uchwalił wspomnianą wyżej ustawę. Przewiduje ona nie tylko dotacje do produkcji półprzewodników, ale również inwestycje w badania i ulgę podatkową na inwestycje związane z wytwarzaniem chipów. Chipy są wyrabiane z półprzewodników, czyli materiałów, które mają właściwości izolatora bądź przewodnika. Ich zastosowanie w gospodarce jest tak szerokie i powszechne, że bez nich trudno wyobrazić sobie współczesny świat. Są wykorzystywane w produkcji nie tylko komputerów, nadajników czy innych urządzeń elektronicznych, ale również samochodów, sprzętu AGD i nowoczesnego sprzętu wojskowego.

I żeby nie było wątpliwości, że Amerykanie traktują temat śmiertelnie poważnie, w uzasadnieniu ustawy czytamy następującą deklarację: „Półprzewodniki mają kluczowe znaczenie dla amerykańskiej gospodarki, bezpieczeństwa narodowego i przewagi technologicznej. Jednak nasze przywództwo jest zagrożone, ponieważ światowi konkurenci inwestują w budowę własnego krajowego przemysłu półprzewodników i zdolności technologicznych (…) W rezultacie koszty budowy i eksploatacji zakładu produkcji półprzewodników w USA są o 25–50 proc. wyższe niż poza granicami Stanów Zjednoczonych”. Ustawodawca amerykański przyznaje również otwarcie, że „USA borykają się z kilkoma lukami i słabościami w łańcuchu dostaw półprzewodników, co stwarza poważne ryzyko dla gospodarki amerykańskiej i bezpieczeństwa narodowego”.

Pieniądze w błoto?

Amerykański podatnik – na wypadek, gdyby miał wątpliwości, czy trzeba wydawać tak dużo środków na zawracanie rzeki kijem (bo zachęta rodzimych producentów do powrotu na amerykańską ziemię może skończyć się fiaskiem) – otrzymuje też długą listę poparcia, jakie dla ustawy wyraziły kluczowe środowiska. Sam prezydent Biden, odwiedzając zakłady Lockheed Martin, jednego z głównych amerykańskich producentów broni, mówił: „Każdy z produkowanych przez was javelinów [przeciwlotnicze pociski rakietowe] zawiera ponad 200 półprzewodników. Finansując CHIPS Act, zapewnimy, że półprzewodniki, które zasilają gospodarkę i nasze bezpieczeństwo narodowe, będą produkowane tutaj, w Ameryce”. Oczywiście, może okazać się, że są to tylko pobożne życzenia i wyrzucone w błoto pieniądze. Bo jaką rząd amerykański ma gwarancję, że producenci wrażliwych komponentów nagle masowo zaczną sprowadzać produkcję do kraju? Nie ma też wątpliwości, że ze strony Chin (ale i innych państw, w których obecnie amerykańskie firmy prowadzą produkcję) wyjdą jakieś nowe zachęty, które będą miały na celu zatrzymanie u siebie produkcji. To też element tej wojny technologicznej z USA.

Strażacy bez dronów

Ta wojna tak naprawdę zaczęła się jeszcze za prezydentury Donalda Trumpa, choć wtedy miała bardziej agresywny charakter za sprawą decyzji amerykańskiego prezydenta. Agresywny nie oznacza, że wrogi – raczej stanowczy i… kłopotliwy dla obu stron. Najlepszym dowodem na to, że ten kij ma dwa końce, była sytuacja, gdy latem 2020 roku wybuchły ogromne pożary w Kalifornii i Oregonie. I wtedy nagle zabrakło dronów, które wcześniej zawsze przy takich akcjach monitorowały szybkość rozprzestrzeniania się płomieni. To utrudniło akcję ratowniczą. Strażacy nawet nie podejrzewali, że w tle jest wojna technologiczna, jaką Trump wypowiedział Chinom. Agathe Demarais, dyrektor ds. prognoz globalnych w Economist Intelligence Unit (ośrodek analityczny z Londynu należący do Economist Group, wydający m.in. pismo „The Economist”), tak opisała ten przypadek: „Rok wcześniej administracja Białego Domu nakazała amerykańskim agencjom rządowym zaprzestanie używania ponad 800 dronów, które wcześniej pomagały monitorować pożary. Drony działały doskonale, ale zostały wykonane przez chińską firmę DJI. Korzystanie z bezzałogowych statków powietrznych DJI nie jest niczym szczególnym: firma dostarcza ponad 70 proc. cywilnych dronów na świecie. Jednak administracja obawiała się, że drony mogą potajemnie wysyłać poufne informacje do Chin, pozwalając Pekinowi zobaczyć dokładnie to, co mogą zarejestrować drony”.

Wojna Trumpa z Chinami doprowadziła również do tego, że Waszyngton wstrzymał zakup 17 zaawansowanych technologicznie systemów, które pomagają w wywoływaniu kontrolowanych pożarów (w celu ćwiczenia akcji ratowniczych). Technologia była amerykańska. Kilka lat wcześniej rząd USA dodał Ignisa do listy innowacji „made in America”. Był jednak problem: systemy Ignis zawierają komponenty wyprodukowane w Chinach. Dla administracji było to zbyt duże ryzyko i systemy zostały wycofane. Efekt był taki, że strażacy, pozbawieni dronów i systemów Ignis, mogli przeprowadzić tylko jedną czwartą ćwiczeń z tych, które wykonywali wcześniej.

Technologię tanio ukradnę

Agathe Demarais stawia pytanie: „Czy ograniczenie nieuzasadnionego ryzyka, że Chiny mogą wykorzystać drony do szpiegowania amerykańskiej ziemi, było warte tak wysokiej ceny? Dla Waszyngtonu odpowiedź była najwyraźniej jasna: tak. Obawy związane z rozwojem technologicznym Chin – oraz szpiegostwem przemysłowym i cyberkradzieżą, które się z tym wiążą – sięgają wczesnych lat 2000. Na pierwszy plan wysunęły się w 2018 r., kiedy przedstawiciel handlowy USA wydał długi raport podsumowujący przestępstwa Chin wobec Stanów Zjednoczonych. W dokumencie podkreślono świadomość Waszyngtonu, że chińska gospodarka nie jest napędzana przez rynek, ale w pełni kierowana przez państwo. Według rządu USA strategia gospodarcza Chin koncentruje się na przyciąganiu zagranicznych firm i kradzieży ich technologii” – pisze analityczka Economist Intelligence Unit.

Biorąc w obronę decyzje Trumpa, warto też przypomnieć, że chiński rząd od dawna zmusza globalne przedsiębiorstwa, które chcą uzyskać dostęp do chińskiego rynku, do tworzenia wspólnych przedsięwzięć z chińskimi firmami. Te zaś mają jeden cel: wykradanie tajemnic technologicznych od swoich zagranicznych odpowiedników. Amerykańskie Biuro Zarządu Kontrwywiadu Narodowego wydało nawet opinię w tej sprawie: „Chińscy aktorzy są najbardziej aktywnymi i wytrwałymi sprawcami szpiegostwa gospodarczego na świecie”. Krótko mówiąc: Pekin gromadzi poszukiwaną technologię, chińskie korporacje ją powielają, a zagraniczne firmy nagle orientują się, że w Chinach powstaje fabryka bardzo podobna do ich własnej. Jeśli dodać do tego praktykę, w której chińskie firmy działające w Stanach Zjednoczonych są zmuszone przez Pekin do zbierania informacji o amerykańskich obywatelach lub przedsiębiorstwach i przesyłania tych danych do Pekinu, to działania najpierw Trumpa, a teraz Bidena wydają się jak najbardziej uzasadnione. To jest prawdziwa wojna. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się