Nowy numer 4/2023 Archiwum

Rubel na pokuszenie

Wojna może zrujnować rosyjską gospodarkę, a tymczasem Francuzi zachęcają do inwestowania… w ruble. Mimo sankcji rosyjska waluta ma się całkiem dobrze. W tym szaleństwie jest metoda?

Francuzi, pomimo trwającej wojny, nie tylko nie wyprowadzili większości swoich firm z kraju agresora, ale wręcz zachęcają siebie nawzajem do inwestowania w rosyjskiego rubla. W ofertach można przebierać do woli. Moskiewski Bank Kredytowy? Proszę bardzo, oferta „All inclusive – maksymalny dochód online”. Oprocentowanie – do 8,25 proc. w skali roku. Gazprombank? Jak najbardziej – oferta „Perspektywa” z oprocentowaniem do 7,30 proc. Jest też oferta w Rosyjskim Banku Rolnym, Sbierbanku i wielu innych. Wszystkie te programy inwestycyjne zachwalają autorzy analiz, jakie pojawiają się na francuskich stronach ekspertów finansowych od paru miesięcy. Jak to pogodzić z faktem, że rosyjska gospodarka w dłuższej perspektywie może popaść w ruinę na skutek częściowej izolacji gospodarczej i ciągle dziurawych, ale jednak dotkliwych sankcji? I żeby nie było zbyt łatwo, od razu dodajmy pytanie: czy to na pewno sankcje będą miały wpływ na zapaść rosyjskiej gospodarki?

Prywaty niet

Zacznijmy od tego, że o kryzysie mówi już otwarcie sam Władimir Putin. „Obecna sytuacja zmusza Rosję do zwiększenia własnej produkcji, bo za petrodolary nie można kupić wszystkiego. Z przykrością stwierdzam, że jesteśmy bardzo uzależnieni, według niektórych danych nawet w 90 proc., od zagranicznej bazy instrumentów, co jest szczególnie mocno odczuwalne w obecnych warunkach” – przyznał w ostatnich dniach rosyjski satrapa, a jego wypowiedź cytowały państwowe media. Dla wszystkich było jasne, że Putin wiąże ten stan z sankcjami nałożonymi przez Zachód. Rosyjski prezydent ma powody do obaw, bo odcięcie Rosji od regularnych dostaw chipów i półprzewodników praktycznie zatrzymało produkcję samochodów i samolotów oraz – co szczególnie ważne dla agresora – produkcję broni. Alternatywne szlaki dostaw – zwłaszcza z Chin – nie były w stanie zrekompensować tych strat.

To jednak tylko wierzchołek góry problemów, o których rosyjski prezydent na razie nie mówi Rosjanom. Bo choć sankcje nie są idealnie skuteczne, to jednak ich długofalowe skutki Rosjanie mogą dopiero odczuć. „Patrząc na umiarkowane spadki PKB i dane na temat inflacji, staje się oczywiste, że szkody są w rzeczywistości poważne: rosyjska gospodarka jest skazana na długi okres stagnacji” – pisze prof. Konstantin Sonin, rosyjski ekonomista wykładający w USA na Uniwersytecie Chicago oraz w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Moskwie. Zwraca jednak uwagę na główną przyczynę nadchodzących kłopotów: to przyspieszona nacjonalizacja sektora prywatnego. Ten proces zaczął się już dawno i polegał m.in. na tym, że firmy utrzymywały – w zamian za państwową „opiekę” – sztucznie wysokie zatrudnienie. To pozorne bezpieczeństwo ekonomiczne było rodzajem niepisanej umowy między Putinem a społeczeństwem. Wiele przedsiębiorstw zostało poddanych bezpośredniej kontroli rządu, inne uzyskały patronat państwowych banków. „Gospodarka, w której przedsiębiorstwa nie mogą modernizować, restrukturyzować i zwalniać pracowników w celu zwiększenia zysków, popadnie w stagnację” – pisze Sonin. Dlaczego? To prosty mechanizm: brak inwestycji, wymuszony przez kremlowskich urzędników, pozbawił firmy konkurencyjności, czyli rozwoju. Rosyjski ekonomista dodaje: „Od początku wojny rząd jeszcze bardziej zacieśnił kontrolę nad sektorem prywatnym. Od marca Kreml wprowadził prawa i regulacje, które dają rządowi prawo do zamykania firm, dyktowania decyzji produkcyjnych i ustalania cen za wytwarzane towary”.

Spada, czyli rośnie

Tu dochodzimy do dwóch zasadniczych pytań: czy sankcje przyspieszają ten proces i czy mocna pozycja rubla to nieplanowany skutek uboczny tych sankcji. Po pierwsze, praktycznie wszyscy ekonomiści potwierdzają, że nie przyniosły one takiego skutku, jakiego niektórzy oczekiwali natychmiast. „Błędne zrozumienie tego, co spowodują sankcje wobec Rosji, można częściowo wytłumaczyć nierealistycznymi oczekiwaniami co do tego, co mogą zrobić środki gospodarcze. Mówiąc najprościej, nie są one odpowiednikiem uderzenia rakietowego. Tak, na dłuższą metę sankcje mogą osłabić gospodarkę i obniżyć PKB. Ale na krótką metę można mieć co najwyżej nadzieję na ogromny spadek importu” – przyznaje Konstantin Sonin. To potwierdza trafność naszych prognoz z marca tego roku, gdy pisaliśmy na łamach GN, że entuzjazm wobec rzekomej magicznej mocy sankcji, spóźnionych przecież o co najmniej dekadę, jest mocno przesadzony.

Największą zagadką jednak jest fakt, że przy wszystkich trudnościach, jakie, owszem, dotykają rosyjską gospodarkę, rubel nie tylko nie stał się walutą „upadłą”, ale wręcz umocnił się w stosunku do dolara. „To naturalne, że rubel wzmacnia się, a nie osłabia, gdy spada popyt na dolary i euro” – pisze prof. Sonin. „A ponieważ pieniądze, które zostałyby wydane na import, są przekierowywane na produkcję krajową, PKB powinien w rzeczywistości rosnąć, a nie spadać. Wpływ sankcji na konsumpcję i jakość życia trwa dłużej, aby przebić się przez gospodarkę. Na początku wojny, w lutym i na początku marca, Rosjanie rzucili się do kupowania dolarów i euro, aby uchronić się przed potencjalnym spadkiem wartości rubla. W ciągu następnych ośmiu miesięcy, przy rosnących stratach rosyjskich na Ukrainie, kupili jeszcze więcej obcej waluty. Normalnie spowodowałoby to znaczną dewaluację rubla, ponieważ kiedy ludzie kupują obcą walutę, rubel traci na wartości. Jednak z powodu sankcji firmy, które importowały towary przed wojną, przestały kupować walutę, aby sfinansować ten import. W rezultacie import spadł wiosną o 40 procent. Jedną z konsekwencji było umocnienie rubla w stosunku do dolara”.

Ryzyko pociąga

Konia z rzędem temu, kto bez żadnych pytań ogarnia te mechanizmy. Jest jednak faktem, że sankcje mają również skutki niezamierzone: umocniły wartość rosyjskiej waluty. A to z kolei zachęciło zagranicznych inwestorów, również prywatne osoby, do lokowania swoich oszczędności właśnie w rublach. Brzmi to wszystko dość groteskowo, ale fakty są właśnie takie. Co więcej, doradcy finansowi, promując lokaty w rosyjskich bankach, otwarcie mówią, że ryzyko istnieje, ale że właśnie dlatego oferowana jest tak wysoka stopa zwrotu. „Pieniądze powinny być umieszczane w różnych instytucjach finansowych dla różnych programów depozytowych i odsetkowych, a w takich operacjach najbardziej opłacalny depozyt wiąże się ze zwiększonym ryzykiem” – piszą francuscy analitycy. I dalej już bardziej konkretnie: „Badanie przeprowadzone przez naszych ekspertów wykazało, że duży procent depozytów oferuje Bank Rozwoju. Stawka depozytów w rublach programu Premium przez 12 miesięcy zależy od kwoty depozytu. Przy minimalnej kwocie 15 milionów rubli maksymalna stawka wynosi 14 proc., a przy depozycie ponad 30 milionów rubli na 1 rok – 14,3 proc. Odsetki są naliczane i kapitalizowane na koniec okresu z możliwością uzupełnienia”.

Rublowa pułapka

Trzeba powiedzieć jedno: wysokie oprocentowanie lokat w rublach jest być może wynikiem tego, że analitycy oceniają je jako ryzykowne, ale jednocześnie – nie byłoby takiej zachęty i gotowości do ryzyka u inwestorów, gdyby nie spodziewany jednak sukces rosyjskiej gospodarki. Ryzyko jest traktowane bardziej wirtualnie, hipotetycznie, co podnosi wartość lokat, ale ocena faktyczna jest raczej optymistyczna. To tylko potwierdza tezę, którą na łamach GN wyrażaliśmy już w marcu i kwietniu, że nie tylko francuskie, ale też niemieckie przedsiębiorstwa po cichu liczą na to, że Rosja tę wojnę jednak wygra. Gdyby tak nie było, z Rosji już dawno uciekłyby wszystkie francuskie firmy. A tymczasem sam prezydent Macron sugerował ich szefom, by te nie wychodziły z Rosji. To dotyczy także francuskich gigantów energetycznych, które są zaangażowane w rosyjskie inwestycje wydobywcze w Arktyce. A przywołana wyżej zachęta francuskich analityków, by lokować pieniądze w rosyjskich bankach – tylko tę tendencję napędza.

To może jednak okazać się na dłuższą metę pułapką, w jaką m.in. francuskie firmy wpędzają się na własne życzenie. Bo nawet jeśli Rosja tę wojnę wygra, to będzie to państwo, w którym Kreml kontroluje jeszcze mocniej sektor prywatny, a ten praktycznie przestanie istnieć. „Rosyjskie władze będą wszechobecne, ale jednocześnie nie na tyle silne, by chronić przedsiębiorstwa przed grupami mafijnymi składającymi się ze zdemobilizowanych żołnierzy uzbrojonych w broń zdobytą w czasie wojny. Szczególnie na początku będą one ukierunkowane na najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa, zarówno na poziomie krajowym, jak i lokalnym” – pisze prof. Sonin. I dodaje: „Lekcja jest ponura: nawet jeśli Putin straci władzę, a następca zapoczątkuje znaczące reformy, Rosji zajmie co najmniej dekadę, aby powrócić do poziomu produkcji sektora prywatnego i jakości życia sprzed roku. Takie są konsekwencje katastrofalnej, błędnej wojny”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się