Nowy numer 4/2023 Archiwum

Adwent z „Gościem”, część III. Radość, czyli nawyk życia chwilą obecną

Chcesz wejść na drogę radości? Nie dopuszczaj do siebie diabelskiego podszeptu: „Bóg cię nie kocha”.

Święta Teresa Wielka często widziała Jezusa. Najczęściej w Jego ciele uwielbionym, zdarzało się jednak, że ukazywał jej swoje rany, ciało udręczone krzyżowaniem, głowę poranioną cierniami. Miało to stanowić dla niej pocieszenie. Bóg wie, że człowiek tego potrzebuje. Gdyby podsumować wszystkie teksty biblijne dotyczące losu człowieka oczekującego na Zbawiciela (a Adwent jest przecież okresem liturgicznym symbolicznie kondensującym tę ludzką kondycję), okazałoby się, że odnoszą się one właśnie do pocieszenia. „»Pocieszcie, pocieszcie mój lud!« – mówi wasz Bóg. »Przemawiajcie do serca Jeruzalem i wołajcie do niego«” – napisze Izajasz tuż przed wezwaniem: „Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką. Wtedy się chwała Pańska objawi…”. Słowa te najczęściej kojarzymy ze świętym Janem Chrzcicielem, co jest warte podkreślenia, biorąc pod uwagę, że kwintesencją jego powołania jest bycie Głosem wołającym do ucha ludzkości, że czas się wypełnia, że nadchodzi zbawienie, że drogi dla Zbawcy trzeba wyprostować.

Optymizm czy realizm

Prostowanie jest zasadniczą cechą trzeciego nawyku ludzi czekających na Boga: radości. Na pozór jedno z drugim niewiele ma wspólnego. W rzeczywistości jedno bez drugiego nie istnieje. Istniałoby, gdyby chodziło jedynie o uczucia. Ale nie chodzi o nie, raczej o styl życia. Franciszek w „Gaudete et exsultate” ujmie to tak: „To, co zostało powiedziane do tej pory, nie oznacza ducha zamkniętego, smutnego, gorzkiego, melancholijnego lub niezwracania na siebie uwagi, braku energii. Święty jest zdolny do życia pełnego radości i poczucia humoru. Nie tracąc realizmu, oświeca innych pozytywnym i pełnym nadziei duchem. Bycie chrześcijanami jest »radością w Duchu Świętym« (Rz 14,17), gdyż »miłość miłosierdzia koniecznie podąża za radością, ponieważ każdy kochanek raduje się w jedności z ukochanym (…). Stąd konsekwencją miłości jest radość«” (GE 122).

Odwieczny spór pomiędzy optymistami i realistami (często brodzącymi po prostu w mrokach pesymizmu) o szklankę do połowy pełną i do połowy pustą dotyczy między innymi umiejętnego pocieszania. Bo pocieszanie może być niebezpieczne – chodzi mi oczywiście o niewłaściwy rodzaj pocieszania, mający na celu umniejszenie czy wręcz bagatelizację przeżywanego przez drugiego problemu. „Nic się nie stało” może być skuteczne i stanowić wyraz miłości bliźniego jedynie w szczególnych warunkach, w innych absolutnie się nie sprawdzi i będzie raczej odprawieniem go z kwitkiem. Najgorszą formułą takiego „pocieszania” jest reakcja (nawet mających szczere chęci bliskich) na przeżywaną przez pocieszanego depresję wyrażona w słowach: „weź się w garść”, „nic się nie dzieje”, „nie daj się zwieść emocjom”. Kiedy człowiek wewnętrznie obumiera z powodu dręczącej go choroby smutku, stanowi to raczej podanie trucizny zamiast kojącego balsamu. Inną niewłaściwą formą pocieszania jest usypianie: „spokojnie, to tylko kredyt, nie martw się, wystarczy parę sztuczek bankowców, jakaś konsolidacja, wyjdziemy z tego na prostą”, stosowane w miejsce koniecznego przebudzenia: „trzeba się spiąć i żyć oszczędniej, mniej wydawać”.

Pocieszenie zawsze musi opierać się na faktycznym stanie rzeczy, inaczej jest tworzeniem iluzji, podglądaniem fatamorgany na horyzoncie duchowej pustyni. Przez prostą analogię można je odnieść do rozeznania duchowego, o którym pisał przede wszystkim święty Ignacy z Loyoli. Zewnętrznym przejawem pociechy duchowej była dla niego nie zewnętrzna i powierzchowna radość, ale… łzy. Współczuł Chrystusowi cierpiącemu, żałował wszystkich popełnionych grzechów i płakał. Ale te łzy nie oznaczały rezygnacji czy pesymizmu, raczej radość, której źródłem był Bóg. Podsumuję to prostym równaniem: na ile sam potrafię zrozumieć, skąd bierze się pocieszenie duchowe w wewnętrznym strapieniu, na tyle będę potrafił odpowiednio pocieszać innych.

Przywyknąć do radości

Radość jest w rzeczywistości umiejętnością. Umiejętnością przeżywania chwili obecnej. Raczej nawykiem niż przypływającym i odpływającym uniesieniem, obmywającym niektóre momenty życia falą dobrostanu. Franciszek definiuje radość jako „zdolność”, ale nie oznacza to automatycznie, że albo ją masz, albo jesteś pozbawiony możliwości posiadania jej. Wręcz przeciwnie – z radością jest tak samo jak z innymi talentami: „Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: »Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem«” (Mt 25,22). Nie zostanę wirtuozem skrzypiec, jeśli każdego dnia nie wezmę do rąk instrumentu i nie będę ćwiczył. Nie nauczę się radości, jeśli nie będę jej praktykował. Radość nie stanie się moim nawykiem, jeśli nie wkomponuję jej w swoją codzienność! Ta umiejętność przeżywania chwili obecnej jest w rzeczywistości kluczem do świętości. Nikt, kto wyleguje się na kanapie swojego wczoraj, tonąc w sennych wspomnieniach, ani też nikt, kto wzrok ma nieustannie utkwiony w oknie skierowanym na swoje jutro, wypatrując w nim iluzorycznie świetlanej przyszłości, nie ma szans wejść na drogę świętości. Jedynie tu i teraz, tam, gdzie jestem, i w chwili, która właśnie trwa, można ją praktykować, bo w wymiarze praktycznym (muszę zastosować to ograniczenie znaczeniowe) nie jest „stanem”, lecz „czynnością”, faktem, który się za moją (i Ducha Świętego) sprawą we mnie dzieje.

Radość i jej owoce

Franciszek, który rozpoczął swoją adhortację wezwaniem: „Cieszcie się i radujcie”, odniósł je przede wszystkim do postawy „błogosławionych”. Dodał: „Prorocy zapowiadali przeżywany przez nas czas Jezusa jako objawienie radości: »Wołaj z radości!« (Iz 12,6). (…) Nie zapominajmy też o zachęcie Nehemiasza: »Nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją« (8,10)” (GE 123). Trudno, by w tym historiozbawczym kontekście nie pojawili się Służebnica Pańska i Jej Syn: „Maryja, która umiała odkryć nowość, którą przyniósł Jezus, śpiewała: »Raduje się duch mój« (Łk 1,47), a sam Jezus »rozradował się w Duchu Świętym« (Łk 10,21). Kiedy przechodził, »lud cały cieszył się« (Łk 13,17). Po Jego zmartwychwstaniu, tam gdzie przybywali uczniowie, nastawała »wielka radość« (Dz 8,8)” (GE 124). Oczywiście Franciszek nie byłby sobą, gdyby nie odniósł się do najbardziej spektakularnych przykładów radosnego życia świętych – Tomasza Morusa, Wincentego a Paulo czy św. Filipa Nereusza. Podobno ten ostatni, gdy kardynałowie zastanawiali się, czy taki niepoważny człowiek może zostać ogłoszony świętym, miał ożyć na obrazie i zagrać im na nosie (nie przypuszczam, by była to prawda, choć bardzo bym sobie tego życzył). Uwaga – w radości nie zawsze chodzi o to, by zagrać na nosie przeciwnościom losu, zawsze natomiast o to, by zagrać na nim złu!

Wezwanie do radości brzmi najmocniej w początkowym okresie Adwentu, jednak nie zapominajmy, że całe nasze życie to adwent. Wciąż czekamy, szukając najwłaściwszej drogi do „zażyłości z Bogiem”, stanowiącej – wedle papieża – sedno świętości. Świat jej nigdy nie zrozumie, bo zbudowana jest na zupełnie innych fundamentach, a na krzyż nie ma w nim miejsca: „Istnieją chwile trudne, czasy krzyża, ale nic nie może zniszczyć tej nadprzyrodzonej radości, która »dostosowuje się i zmienia, a zawsze pozostaje przynajmniej jako promyk światła rodzący się z osobistej pewności, że jest się nieskończenie kochanym, ponad wszystko«. Jest ona pewnością wewnętrzną, pogodą ducha pełną nadziei, dającą zadowolenie duchowe, niemożliwe do zrozumienia według kryteriów świata” (GE 125).

Chcesz wejść na drogę radosnego przeżywania swojego życia? Nie dopuszczaj do siebie najgorszego scenariusza, diabelskiego podszeptu: „Bóg cię nie kocha”.•


Ćwiczenie duchowe

Franciszek przywołuje w swojej adhortacji modlitwę przypisywaną św. Tomaszowi Morusowi. Przepisz ją na luźną karteczkę i włóż do kieszeni. Za każdym razem, kiedy sięgniesz po klucze albo telefon komórkowy, przypomnij sobie o niej. Pierwszego dnia odmów ją od razu, w kolejne – kiedy tylko znajdziesz na to czas. Nikt nie zapewnia magicznych skutków modlitwy, chyba że jest szarlatanem. Spróbuj, bo często powtarzane słowa przemieniają powtarzającego je, a modląc się, zaczynamy wszystko widzieć inaczej.

Modlitwa św. Tomasza Morusa

Panie, obdarz mnie dobrym trawieniem, a również czymś, co mógłbym strawić. Daj mi zdrowie ciała i dobry humor, by móc je zachować. Daj mi, Panie, duszę prostą, która potrafi uznać za skarb wszystko, co jest dobre, i która nie zlęknie się widokiem zła, ale raczej znajdzie sposób, by doprowadzić wszystko na swoje miejsce. Daj mi duszę, która nie zazna nudy, zrzędzenia, westchnień, lamentów, i nie pozwól, bym zbytnio martwił się zawalidrogą, która nazywa się »ja«. Daj mi, Panie, poczucie humoru. Udziel mi łaski zrozumienia żartu, by odkryć w życiu trochę radości i by móc użyczyć jej innym. Amen.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy