Nowy numer 4/2023 Archiwum

Pałka modernizmu

Trzeba unikać zła, ale nie kosztem dobra.

Słowo „modernizm” odżyło po wielu latach zapomnienia. W niektórych kręgach katolickich, szczególnie aktywnych w sieci, mianem modernistów określa się dziś zarówno ludzi, którzy są na bakier z nauczaniem Kościoła, jak i tych, którzy są Kościołowi wierni. Jeśli więc na przykład uznajesz obowiązujące postanowienia Soboru Watykańskiego II i przyjmujesz decyzje papieża, to dla nich jesteś modernistą. Jeśli zgadzasz się ze zmianami w Kościele, wprowadzanymi przez uprawnione władze w uprawnionym zakresie, akceptujesz poszukiwanie nowych rozwiązań dla głoszenia niezmiennej Ewangelii – jesteś modernistą. Ba, za modernistę zostaniesz uznany nawet wtedy, gdy z błogosławieństwem Kościoła angażujesz się w ewangelizację. I to nie będzie komplement.

Błędy były

Skąd się to wzięło? Najogólniej mówiąc, modernizm zaistniał w drugiej połowie XIX wieku jako nurt w filozofii i w teologii. Był próbą katolickiej odpowiedzi na odkrycia naukowe, zmiany społeczne i cywilizacyjne. Jego wyrazem było wzmożenie teologicznych badań naukowych, szczególnie w zakresie nauk biblijnych i historycznych. Liczni badacze katoliccy, świadomi, że średniowieczna scholastyka oddziałuje już tylko w wąskim kościelnym kręgu, podjęli poszukiwania sposobu zastosowania w teologii nowoczesnych metod naukowych. Kościół otwierał się w tym czasie także na inicjatywy świeckich, m.in. wspierając działalność organizacji katolickich o charakterze społecznym.

Inspirował te działania i patronował im Leon XIII. Nie wszystkim to odpowiadało. Gdy papież wydał przełomową dla katolickiej nauki społecznej encyklikę „Rerum novarum”, zdarzało się, że w kościołach modlono się o „uwolnienie Kościoła od masońskiego papieża”.

Jak widać, w każdej epoce to, co nowe, budzi niepokój i skłania niektórych do zajmowania postawy obronnej. Obawy bywają zresztą uzasadnione, bo istotnie nigdy nie wiadomo, czy nadchodzące zmiany będą wyłącznie pozytywne. Tak też było w przypadku modernizmu, który następca Leona XIII, Pius X, uznał za głównego wroga Kościoła.

„Za modernistyczne, czyli nowoczesne, uznawano tu wszystko, co na gruncie kościelnym różniło się od tradycyjnych rozwiązań, tak w zakresie doktryny, jak i praktyki kościelnej” – pisze ks. prof. Zygmunt Zieliński w książce „Papiestwo i papieże dwóch ostatnich wieków”. Historyk Kościoła ocenia, że spory modernistyczne były „wielkim nieszczęściem, które zaciążyło nad całym pontyfikatem”. Pontyfikatem, podkreślmy, wspaniałym, obfitującym w cenne reformy życia kościelnego, szczególnie owocne w dziedzinie praktyk religijnych. Dostrzegano też osobistą świętość Piusa X, co po kilkudziesięciu latach Kościół potwierdził, wynosząc go do chwały ołtarzy.

Także stosunek papieża do modernizmu wynikał z jego szczerej i gorącej troski o Kościół, i oczywiście nie był bezpodstawny. Byli teologowie, którzy w imię uwspółcześnienia nauki katolickiej przekraczali granicę określoną przez niezmienne nauczanie Kościoła. Szczególnie groźny okazał się pogląd, że dogmaty podlegają ewolucji i mogą ulegać zmianom. W przekonaniu jego głosicieli religia nie jest rzeczywistością obiektywną, lecz raczej zespołem ludzkich przeżyć, bardziej domeną uczuć i doznań psychicznych niż rozumu. Za tym z reguły szło odrzucenie natchnionego charakteru Pisma Świętego. W konsekwencji prowadziło to do religijnego relatywizmu, a ten pociągał za sobą utratę wiary. Wielu z tych teologicznych harcowników odpadło od wiary, zanim Kościół zdążył ich zdyscyplinować. Wraz z wiarą na ogół tracili też ochotę na naprawianie Kościoła (co dziś niestety nie jest regułą).

Najsłynniejszym z nich był ksiądz Alfred Loisy, profesor egzegezy w paryskim Instytucie Katolickim. Interpretując teksty biblijne niezgodnie z nauczaniem Kościoła, doszedł w końcu do stanu, który wyraził stwierdzeniem: „Jeżeli religia jest dla mnie czymkolwiek, to jestem bardziej panteistyczno-pozytywistycznym humanistą niż chrześcijaninem”. Oczywiście nie był już wtedy księdzem i nie wykładał w Instytucie Katolickim.

Podejrzani

Pius X, poważnie zaniepokojony perspektywą zainfekowania Kościoła nowinkami, wytoczył przeciw modernizmowi wszystkie działa. Oprócz kierowanych do biskupów ciągłych napomnień, aby pilnowali czystości wiary, szczególnie w seminariach, powołał w 1904 roku komisję kardynalską, która miała badać nowinki teologiczne. W roku 1907 zespół ten wypracował dekret „Lamentabili” zwany „Syllabusem błędów modernistów”. Do błędów zaliczono tam m.in. stwierdzenia, które wedle dzisiejszej wiedzy teologicznej błędami nie są. Napiętnowano na przykład następujące zdanie: „Natchnienie Boże nie rozciąga się aż do tego stopnia na całość Pisma Świętego, by wszystkie i poszczególne jego części chroniło od wszelkiego błędu”. Zapis ten bronił więc autorytetu Pisma Świętego nawet w odniesieniu do spraw pozareligijnych, a zatem także przyrodniczych czy historycznych, co obecnie nie wytrzymuje krytyki.

Dołączona do dekretu instrukcja nakazywała bezwzględnie zwalczać teologów sprzyjających wymienionym w „Lamentabili” poglądom, szczególnie gdy byli oni wykładowcami w seminariach. Sprzeciw oznaczał ekskomunikę.

Kolejnym krokiem było ogłoszenie, także w 1907 roku, encykliki „Pascendi dominici gregis”, poświęconej w głównej mierze kwestii zwalczania modernizmu. Wskazano tam na strategię podstępnego rozsadzania Kościoła od środka, jaką mieli się posługiwać moderniści. Modernizm w świetle tego dokumentu jawił się jako siedlisko wszelkich herezji. W związku z tym prewencyjnie ograniczono możliwość studiowania przez duchownych na świeckich uczelniach, biskupi zostali zobowiązani do drobiazgowego cenzurowania jakichkolwiek publikacji, w tym wykładów seminaryjnych. Mieli także regularnie raportować do Rzymu o wykonaniu postanowień encykliki.

W trosce o właściwe wychowanie seminarzystów papież nakazał profesorom seminaryjnym coroczne składanie pisemnego wyznania wiary i przysięgi antymodernistycznej. Przysięgę tę miał obowiązek składać także każdy duchowny obejmujący urząd kościelny.

W 1909 roku powstała w Rzymie organizacja Sodalitium Pianum, zwana powszechnie Sapinierą. Zadaniem liczącej ok. 1000 członków grupy było zbieranie informacji o podejrzanych o modernizm. Inwigilacją objętoprawie wszystkich zaangażowanych katolików, włącznie z wysokimi dostojnikami kościelnymi i przedstawicielami zakonów. Półjawny charakter Sapiniery sprzyjał załatwianiu prywatnych porachunków przez rzucanie niesprawiedliwych oskarżeń.

Szykany i posłuszeństwo

Na celowniku znaleźli się nie tylko ci, którzy zasłużyli na krytykę, ale także ludzie, którzy wcale nie zamierzali kwestionować dogmatów, a nawet tacy, którzy byli głęboko oddani Kościołowi i podejmowali ważne dzieła dla jego odnowy.

Walkę z modernizmem szczególnie boleśnie odczuli bibliści. Swoboda ich badań została ograniczona przez Komisję Biblijną, która od 1907 roku cenzurowała prace biblistów, odrzucając metodę krytyczno-historyczną w badaniach literackich i dopuszczając tylko literalną interpretację Pisma Świętego.

Szykany dotknęły m.in. znakomitego biblistę, dominikanina Josepha Lagrange’a, założyciela Szkoły Biblijnej w Jerozolimie i twórcę czasopisma „Revue biblique”. Ten zakochany w słowie Bożym zakonnik był przekonany o konieczności dostosowania badań nad Biblią do wymogów współczesnej wiedzy, co dziś jest oczywistością. W 1907 r. jednak został oskarżony o modernizm i otrzymał zakaz publikowania, a później upomnienie. Ucierpiała na tym Szkoła Biblijna, a sam Lagrange ustąpił z kierowania nią. Jako wierny syn Kościoła z pokorą podporządkował się zarządzeniom. Jego posłuszeństwo przyniosło błogosławione owoce. Po kilkunastu latach, za pontyfikatu Benedykta XV, Szkoła odżyła z jeszcze większą siłą, a sam Lagrange mógł swobodnie kontynuować wcześniejsze projekty.

Renesans błędu

Z perspektywy czasu widać, że walka z modernizmem nie przyniosła pożądanych skutków. Ks. prof. Zygmunt Zieliński podkreśla, że nie chodzi o zwalczanie „błędów czasu”, bo to jest obowiązkiem papieża, ale o sposób realizacji. Wskutek tego w Kościele zostały na jakiś czas zatrzymane nie tylko złe tendencje, ale niestety także wiele pozytywnych. Najbardziej uwydatniło się to na polu nauki kościelnej, która została „zamrożona” i w kilku dziedzinach przestała się rozwijać. Zabrakło też programu, który dla zagrożonych laicyzacją mógłby stanowić przekonującą alternatywę.

Czas pokazał, że sposób zwalczania błędów sam okazał się błędem. Obecna kariera zapomnianego do niedawna słowa „modernizm” wydaje się błędem zwielokrotnionym. O ile bowiem kiedyś za modernistę uważano osobę podejrzaną o sprzeciw wobec nauczania Kościoła, o tyle dziś zazwyczaj modernistą nazywa się kogoś, kto jest wierny obowiązującemu nauczaniu Kościoła. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się