Nowy numer 47/2022 Archiwum

Sakramenty – źródło uzdrowienia. Część 1: Choroby

Tomasz Grabowski OP: „Od oświecenia wmawia się nam, że aby stać się dojrzałym, potrzeba doświadczyć zła. To fałszywy slogan obecny w naszym myśleniu i w kulturze”.

Najpierw określmy choroby, na które lekarstwem są sakramenty. W najbardziej ogólnym sensie chorobą jest oczywiście grzech. Chciałbym to jednak nieco zniuansować. W szczególności chodzi o grzech pierworodny i jego konsekwencje wciąż niesione przez ludzką naturę. Czyn Ewy i Adama był kataklizmem. Trzeci rozdział Księgi Rodzaju nie jest opowieścią o zerwaniu jabłka, lecz opisem duchowej katastrofy. Adam przed grzechem to ktoś niewinny i pełen zaufania do Stwórcy. Niewinność Adama była jego podobieństwem do Boga, a zaufanie podstawą więzi pomiędzy nimi. Obie te rzeczy straciliśmy przez czyn pierwszych rodziców.

Czym jest niewinność? Nieznajomością zła. Od oświecenia wmawia się nam, że aby stać się dojrzałym, potrzeba doświadczyć zła. To fałszywy slogan obecny w naszym myśleniu i w kulturze; przekonuje się nas, że aby być pełną osobą, trzeba poznać zło, zatem trzeba zło popełnić. Bóg nie zna zła, ponieważ nigdy nie uczynił nic złego, a przecież jest kimś ostatecznie spełnionym i dojrzałym. Adam zanim zgrzeszył, nie znał zła – nie był jego autorem, ale wiedział, co jest dobre, a co złe. Złym było przekroczenie Bożego nakazu. Dlatego przez grzech utracił pierwotną niewinność i swoje unikalne podobieństwo do Boga, ponieważ przeciwstawił się prawu Bożemu, wypisanemu w jego sercu. W konsekwencji zło wprowadził w świat, w swoje życie, w relacje, przede wszystkim w relację z Bogiem. Wraz z utratą fundamentalnego podobieństwa do Boga pojawiła się inna konsekwencja zła – zaćmiony obraz Boży. Adam od momentu, kiedy poznał zło, nie zna Boga tak, jak znał Go dotychczas. Pozbawiony niewinności, nie jest już zdolny przylgnąć w pełnym zaufaniu do Ojca. Zło wsączyło w serce człowieka nieufność do Boga. Z biegiem czasu człowiek do tego stopnia przestał rozpoznawać Boga, że zaczął się Go bać.

Księga Rodzaju w skrótowej, lakonicznej formie opisuje trud, jaki się wiąże z życiem człowieka w świecie naznaczonym przez zło. Przez świat od epicentrum, którym było drzewo poznania dobra i zła, przetaczają się jakby fale sejsmiczne. Widzimy, że Adam przestaje być zdolny do powierzenia się Ewie, lecz widzi, że „jest nagi” – zagrożony, a później ludzie zaczynają traktować się przedmiotowo, w końcu zaś nienawidzić. Od zerwania owocu Adam i każde z jego dzieci jest w stanie patrzeć na innych jak na środek do celu.

Ludziom jednak doskwiera nie tylko zaćmione poznanie, z którym wiąże się lęk przed Bogiem i brak zaufania do ludzi. Również w obszarze woli doznaliśmy uszkodzenia, dlatego narasta w nas zdolność do kolejnych wyborów zła. A pożądliwość okazuje się silniejsza od rozumnie kierowanej woli. Popędliwości biorą górę nad osobą, nad jej pierwiastkiem racjonalnym i wolitywnym. Człowiek zraniony w zdolności poznawania i wolności woli staje się egoistą, kimś, kto używa świata wyłącznie z myślą o sobie, a nie ze względu na Tego, kto mu świat ofiarował. Rodzaj ludzki nie jest już zdolny zadbać o świat ani o siebie samego. Egocentryzm i narcyzm, postawy naznaczone brakiem właściwej miłości samego siebie, skazują człowieka na życie w lęku i iluzorycznym wyobrażeniu na swój temat. Fałszywy obraz samego siebie dodatkowo utrudnia spotkanie z Bogiem i z drugim człowiekiem.

Grzech jest wprowadzeniem mechanizmu zwielokrotniania krzywdy w świecie. Zło panoszy się, zatacza coraz szersze kręgi, za każdym razem jednak autor zła jest również jego ofiarą. Stąd biorą się inne choroby, przede wszystkim choroba zwana zranieniem wewnętrznym. A lekarstwem na nie są sakramenty. Zranienia mogą dotyczyć bardzo różnych wymiarów osoby. Rana może dotykać pamięci, zdolności do miłości samego siebie lub zdolności zaufania i kochania innych. Zranienie sprawia, że karlejemy wewnętrznie. Z winy krzywdziciela stajemy się niezdolni do rozwoju, do przyjęcia miłości, która uzdalnia do wzrostu. Podobnie jak zło rozlewa się w historii świata, tak zranienie wewnętrzne może dotykać kolejnych obszarów osoby, aż do tego stopnia, że można mówić o zranionym życiu. Wówczas jedynie krok dzieli nas od rozpaczy, od ostatecznego przekreślenia nadziei. Człowiek głęboko zraniony nie wierzy w istnienie i możliwość osiągnięcia celu, jakim jest prawdziwe szczęście. Często ten stan łączy się z pogardą dla samego siebie. To najsmutniejszy owoc zranień, gdy ktoś traktuje siebie tak, jakby zło mogło go zdefiniować, określić. Jakby oddawał swoje życie krzywdzicielom, pozwalał pogardzać sobą, wykorzystywać siebie i przez to pogłębiać swoje rany. Jakby stawał się własnym katem.

Kolejnymi konsekwencjami grzechu są choroby ciała. Wydaje mi się, że w Biblii nie chodzi o chorobę jako taką, ale o sposób przeżywania cierpienia fizycznego. Jest on uzależniony od rodzaju rany grzechowej, którą w sobie nosimy. To, ile ufności i niewinności zdołaliśmy oszczędzić w sobie samych, ułatwia bądź utrudnia przeżycie choroby i cierpienia. Wobec doświadczenia zła fizycznego (cierpienia, bólu, choroby) możemy zbuntować się, odwrócić od Boga, od świata lub też przeżyć je jako okoliczność sprzyjającą wzrastaniu w miłości do Boga. Z pewnością choroba jest czymś złym, jednak wewnętrzne nastawienie może sprawić, że stanie się czymś nieznośnym. Hiob jest dobrym przykładem tego, że nie każde cierpienie fizyczne, nie każda choroba musi być niszcząca.

Jeszcze inny rodzaj zła stanowią nabyte skłonności do złego – wady. Cnoty są spontaniczną umiejętnością czynienia dobra, wada zaś oznacza spontaniczną umiejętność czynienia zła. Umiejętność tę nabywamy, nikt się z nią nie rodzi. Stanowi ona skutek zła w świecie, nasiąkamy nim niepostrzeżenie, z każdą kolejną oznaką uległości wobec słabości. Słabość to ograniczenie natury, które może być niszczące dla mojego wewnętrznego człowieka. Dzieje się tak wówczas, gdy pozwalam sobie na zamykanie się przez ograniczenia, zamiast je przekraczać, poszerzać swoje zdolności i wzmacniać to, co wielkie i piękne w sobie – zamiast poszerzać wewnętrzną wolność, karmię wadę.

Wreszcie chorobą, tą ostateczną, jaką wprowadza grzech, jest śmierć. Człowiek nie musiał umierać. Adam przed grzechem był kimś śmiertelnym, ale zarazem panującym nad śmiercią, to znaczy mógł wybrać śmierć, a nie ulegał jej z konieczności. Tak jak Pan Jezus, który na krzyżu oddaje życie, a nikt Mu go nie zabiera (por. J 10,17–18). Od momentu grzechu śmierć jest koniecznością, musimy umrzeć. Nie panujemy już nad nią, lecz ona panuje nad nami.

Wreszcie najpotworniejszą konsekwencją „zerwania owocu” jest śmierć duchowa, czyli potępienie – wieczność bez Boga. To jest najgorsza, śmiertelna choroba duszy. Tak jak śmierć fizyczna jest dla nas czymś nieuniknionym, tak dla człowieka nieodkupionego nieuniknionym było potępienie, to znaczy śmierć w grzechu, wieczne odwrócenie się od Boga. Gdyby nie Chrystus, kres ludzkiej wieczności byłby potworny – wieczność bez Boga.

Spójrzmy zatem na Chrystusa Pana, który jest lekarzem niosącym uzdrowienie przez swoje sakramenty.

CZYTAJ: Sakramenty – źródło uzdrowienia. Część 2: Lekarstwo

Fragment pochodzi z książki „Siedem tajemnic. O sakramentach”, Tomasz Grabowski OP, ks. Krzysztof Porosło; Wydawnictwo W Drodze, 2022

Sakramenty – źródło uzdrowienia. Część 1: Choroby  

 

 

« 1 »

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL