Nowy numer 5/2023 Archiwum

Historia przyspiesza

O tym, czego uczy nas historia, mówi Robert Kostro, dyrektor Muzeum Historii Polski.

Piotr Legutko: Czy słowo „niepodległość” znaczy dziś dokładnie to samo co rok temu?

Robert Kostro:
Znaczenie słowa „niepodległość” jest takie samo, natomiast sposób przeżywania jest inny. Rok temu większość z nas traktowała niepodległość jako coś oczywistego, nie czuło się bowiem jakiegoś realnego dla niej zagrożenia. Wiadomo, mamy niepodległą Polskę i nic już się w tej kwestii raczej nie wydarzy w przewidywalnej przyszłości. Teraz jednak, po raz pierwszy od upadku komunizmu, odczuwam, że jest inaczej. Wojna na Ukrainie, agresja rosyjska przypomniały, że żyjemy w miejscu naznaczonym historią. O niepodległość trzeba zabiegać, bo nie jest ona nam dana raz na zawsze

To jest pewien przełom. Dotąd o końcu historii debatowali intelektualiści, a teraz powszechne jest poczucie, że ona się nie skończyła, dzieje się teraz.

Dodałbym, że historia dzieje się raz wolniej, raz szybciej. Mieliśmy takie poczucie przy tworzeniu Muzeum Historii Polski: przestrzeń poświęcona II wojnie światowej, która trwała 6 lat, jest prawie taka jak przestrzeń przeznaczona na pokazanie II RP, trwającej 20 lat. Kampania wrześniowa, Akcja AB, Polskie Państwo Podziemne, Katyń, Holocaust, zbrodnia wołyńska… to jest historia tak gęsta od wydarzeń, że wyrywa się z chronologicznych ram. Dziś też mamy podobne wrażenie, że biegnie w innym tempie niż jeszcze pięć, dziesięć, dwadzieścia lat temu. Wtedy mieliśmy poczucie pewnego komfortu i stabilizacji, życia w bezpiecznej części świata.

A czy zmienił się także nasz stosunek do tego, co działo się sto czy pięćdziesiąt lat temu? Czy nadal jest to dla nas zamknięty rozdział, temat dla historyków, nie mający bezpośredniego wpływu na teraźniejszość?

Tu akurat nie widzę zmiany, bo uważam, że przeszłość zawsze była ważna, tyle że zawsze odczytujemy ją przez pryzmat aktualnych doświadczeń. Na przykład w latach 80. mocno odczuwaliśmy związek z epoką rozbiorów czy narodowymi powstaniami poprzez to, co działo się w okresie stanu wojennego. W czasie karnawału Solidarności przeżywano na nowo Katyń, czwarty rozbiór Polski, białe plamy historii. Z kolei po 1989 roku wektory się zmieniły, weszliśmy głębiej w I czy II Rzeczpospolitą, co wynikało z poczucia, że znów mamy państwo niepodległe. Interesowały nas wtedy inne rzeczy, bardziej przydatne niż tradycja insurekcyjna. Potem, w miarę narastania rozmaitych zagrożeń, zaczęła się moda na XVIII wiek, współodczuwanie z okresem zmagania się z wpływami obcych mocarstw.

Stąd tak modne odniesienia do targowicy, opisywanie współczesnych sporów według tamtego klucza. Teraz z kolei odkryliśmy, że zagrożenie rosyjskie jest czymś stałym w naszej historii.

Rosją interesowaliśmy się zawsze, tylko w innym kontekście, wewnętrznym, ustrojowym. Teraz na pierwszym planie nie jest oprycznina czy Gułag, ale Katarzyna II, tradycje imperialne, historia jako pole walki informacyjnej. Szerzenie przez Rosję fałszywych stereotypów na temat Polski i innych sąsiadów zaczęło się przecież w XVIII wieku, a dziś znów te tematy są rozgrywane przez Putina.

I co ciekawe, gdy chcemy zrozumieć, dlaczego Rosja tak się zachowuje, nie możemy tego wytłumaczyć językiem polityki czy ekonomii. Odpowiedź znajdujemy w historii.

Już rok temu, planując inwazję na Ukrainę, Putin opublikował artykuł o historycznej jedności Rosjan i Ukraińców i zakwestionował istnienie osobnego, ukraińskiego narodu. Można się zastanawiać, czy był to element propagandy, tworzenie politycznej narracji, czy odzwierciedlenie jego głębokiego przekonania. Myślę, że i jedno, i drugie, ale niezależnie od odpowiedzi – historia jest w tym konflikcie ważna. Jest zarówno elementem formującym świadomość opinii publicznej, jak i uzasadniającym działania na arenie międzynarodowej.

Spójrzmy teraz na Zachód. Europa ma inny problem, bo próbuje wsadzić narody do lamusa i budować nowy projekt, przekraczając historię. Czy wojna na Ukrainie to zmieni?

To prawda, że w wielu europejskich stolicach, zwłaszcza w kręgach intelektualnych, zapanowało przekonanie, że narody są źródłem zła. Takie myślenie wyrasta z doświadczeń II wojny światowej, choć przekonanie, że wchodzimy w epokę postnarodową, stało się powszechne dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Mamy pokój w Europie, najlepszy z ustrojów, mamy Unię, znieśliśmy granice, jesteśmy bezpieczni, bo mamy NATO, które nas osłania, więc narody nie są nam już do niczego potrzebne. Takie przekonanie w ciągu ostatnich lat już się posypało, ale frazeologia wciąż jest ta sama. Z pewnością to, co dzieje się na Ukrainie, stało się mocnym sygnałem, że naród wciąż pozostaje czymś ważnym, że wspólnota narodowa chroni spójność państwa, jest fundamentem obrony przed zewnętrznym wrogiem. Myślę, że Europa powinna wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia i poszukać równowagi między pierwiastkiem narodowym a solidarnością wewnątrz Unii.

Był to jednak pewien szok, że Ukraina podjęła walkę. Przecież mogła, ratując życie ludzi oraz infrastrukturę państwa, podporządkować się Rosji. Tego wręcz oczekiwano. Oto obywatele narodu, którego istnienie kwestionowano, państwa uznawanego za upadłe, gotowi są umierać za Ukrainę. Więc jednak tożsamość narodowa ma moc. Decydującą w tej wojnie. Co to znaczy dla Europy, właśnie wyzbywającej się tożsamości narodowej?

Pamiętajmy, że nieprzerwany napływ emigrantów w ogromnym stopniu zmienił kod kulturowy krajów Europy Zachodniej i mają one dziś poważny problem ze zdefiniowaniem własnej tożsamości. Podam dwa przykłady. Dom Historii Francji – projekt instytucji z czasów prezydenta Sarkozy’ego, która miała współpracować z różnymi placówkami muzealnymi – padł ofiarą sporów, prezydent Hollande zakończył jego działanie. Podobny projekt w Wielkiej Brytanii nie wszedł nawet w fazę realizacji. Po prostu uznano w obu krajach, że odwoływanie się do tradycyjnie rozumianej historii w społeczeństwach wielokulturowych, takich jak francuskie i brytyjskie, jest bardzo trudne. Nie sposób bowiem opowiadać wspólnej historii kolonizatorów i kolonizowanych. Oczywiście sytuacja krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest odmienna, bo odmienne są ich doświadczenia historyczne.

Czy Polacy mają dziś problem ze swoją tożsamością narodową? Jaką rolę odgrywa w niej obecnie nasz stosunek do historii?

Tak jak każdy naród mamy swoje wewnętrzne spory i konflikty, ale myślę, że poczucie wspólnoty historycznej jest wśród Polaków wciąż silne. Oczywiście pojawiają się różne skrajne opinie, ale łączy nas szacunek dla ojców polskiej niepodległości, przywiązanie do takich dat jak 11 listopada czy 3 maja, negatywny stosunek do komunizmu. Toczymy spory na temat powstań narodowych, ale czcimy ich bohaterów. Sądzę, że poziom konsensusu jest u nas większy niż w wielu krajach zachodnich, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie bardzo silne są kontrowersje wokół dziedzictwa związanego z niewolnictwem. Część środowisk akademickich i lewicowych próbuje teraz zmienić całą narrację historyczną związaną z Deklaracją Niepodległości i za akt fundacyjny Stanów Zjednoczonych uznać przybycie pierwszego transportu niewolników w 1619 roku. W Polsce nie mamy jednak tak fundamentalnych prób pisania historii na nowo.

Ale i u nas pojawiają się książki opisujące nasze dzieje jako historię klasową, stanową, a nie narodową.

To jest w dużej mierze import zachodni. Historia klasowa nie przyjęła się w PRL, może dlatego, że była narzucana i nikt nie traktował jej poważnie. Dziś pojawiły się środowiska, które szukają jakiejś alternatywnej wersji historii Polski, czerpiąc z doświadczeń uniwersytetów amerykańskich, głęboko przesiąkniętych marksizmem. Sam fakt zainteresowania się historią polskich chłopów jest pozytywny, problem zaczyna się przy jej ideologizacji. Badacze często pochylają się nad warstwami niższymi, całkowicie ignorując ich punkt widzenia. Jeśli chłop walczy o swoje prawa, jest ciekawym obiektem badań, ale jeśli idzie do kościoła, dogaduje się z panem albo jest zdeklarowanym patriotą, przestaje być interesujący. Mamy więc ahistoryczny obraz chłopów, niejako funkcjonujących poza narodem.

Kiedyś Maria Peszek śpiewała o Polsce: „Nie oddałabym za ciebie ani jednej kropli krwi”. Co jest dziś wśród młodych ludzi bardziej powszechne: taka postawa czy gotowość – jak na Ukrainie – do obrony ojczyzny?

Myślę, że postawa z tej piosenki nie jest powszechna. Popatrzmy na sukces Muzeum Powstania Warszawskiego, na to, jak dużo młodych ludzi angażuje się w obchody 1 sierpnia, identyfikuje z walką żołnierzy wyklętych. Na pewno ta generacja jest podzielona w ocenie polskich dziejów, ale w wypadku prawdziwych wyzwań pewne rzeczy się weryfikują. Ludzie postawieni przed zasadniczymi wyborami zachowują się inaczej niż wtedy, gdy myślą, że takie zagrożenie nie istnieje. Jestem umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o młode pokolenie. Jest w nim znacznie więcej podobieństw do pokolenia rodziców czy dziadków, niż nam się wydaje.•

Robert Kostro

Historyk, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, publicysta. Od 2006 roku jest dyrektorem Muzeum Historii Polski.

Miecz chrześcijańskiego władcy

Szczerbiec był mieczem koronacyjnym królów Polski przez ponad cztery stulecia. Po raz pierwszy został użyty podczas koronacji Władysława Łokietka, która odbyła się 20 stycznia 1320 roku w katedrze wawelskiej. Tradycyjnie uważano go za miecz Bolesława Chrobrego, który pierwszy polski król miał wyszczerbić, uderzając w tzw. Złotą Bramę zdobytego Kijowa. W rzeczywistości gdy Bolesław Chrobry zdobywał Kijów, nie istniała jeszcze ani tamtejsza Złota Brama, ani Szczerbiec. Historia Miecz w rzeczywistości powstał w XIII wieku. Zanim został mieczem koronacyjnym, mógł pełnić funkcję tzw. miecza sprawiedliwości (symbolu sądowniczej władzy księcia). Miecza używano przy prawie wszystkich polskich koronacjach do końca istnienia I Rzeczypospolitej. Po trzecim rozbiorze Polski ukradli go Prusacy i ślad po nim zaginął. W XIX wieku znalazł się w prywatnej kolekcji ambasadora Rosji w Paryżu Aleksandra Bazylewskiego. Od niego cenny zabytek trafił do zbiorów Ermitażu w Petersburgu. Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej polska komisja rewindykująca skradzione w Polsce przez Rosjan dzieła sztuki zdołała wykupić miecz za cenę rezygnacji z kilku rewindykowanych obrazów (Szczerbiec nie podlegał rewindykacji, bo nie był skradziony przez Rosjan). Od tego czasu jest on ozdobą kolekcji skarbca Zamku Królewskiego na Wawelu jako jedyne zachowane polskie insygnium koronacyjne. Przez pewien czas obawiano się, że miecz może się okazać kopią, ale przeprowadzone w 2008 roku szczegółowe badania metaloznawcze potwierdziły jego autentyczność jako zabytku średniowiecznego. Symbolika Szczerbiec jest jednym z najpiękniejszych średniowiecznych mieczów zachowanych w światowych zbiorach. Rękojeść, pokryta płytkami złoconego srebra z wygrawerowanymi ornamentami i tzw. niello, ma głęboką, chrześcijańską symbolikę. Na głowicy (górnym zwieńczeniu rękojeści) znajduje się tetragrammaton – hebrajski symbol Boga uzupełniony greckimi literami alfa i omega, oznaczającymi, że Bóg jest praprzyczyną i ostatecznym celem wszechrzeczy. Otacza go łacińska inskrypcja: „Ten znak umacnia miłość królów i książąt, a gniew sędziów”. Po drugiej stronie znajduje się winorośl – symbol Eucharystii i zbawczej ofiary Chrystusa. Na jelcu powtórzono ornament winorośli i umieszczono sławiące Boga napisy łacińskie i hebrajskie (zapisane alfabetem łacińskim): „Żarliwą wiarę wzbudzają imiona Boga Sedalai i Ebrehel” oraz: „Ktokolwiek te imiona Boga ze sobą nosić będzie, temu żadne niebezpieczeństwo w ogóle nie zaszkodzi”. Na uchwycie z obu stron nad jelcem znajduje się Baranek Boży. Nad nim z jednej strony imiona ewangelistów Łukasza i Marka, a z drugiej Mateusza i Jana. Imieniu każdego ewangelisty towarzyszy jego atrybut: uskrzydlony wół (Łukasz), uskrzydlony lew (Marek), anioł (Mateusz) i orzeł (Jan).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy