Nowy numer 49/2020 Archiwum

Ściganie za ściąganie

Na każde legalnie pobrane z sieci nagranie przypada aż 20 pirackich. Internauci nad Wisłą ściągają ponad 5 mln utworów… tygodniowo. Nad empetrójką głowią się nie tylko prawnicy, ale i spowiednicy.

Chorzowski Teatr Rozrywki pęka w szwach. Na scenie gra Chili My. Piosenki śpiewa z zespołem cała publika. – Nawet nie pytam, kto z was ma w domu oryginalną płytę – rzuca Jacek Wąsowski, lider grupy. – Czy czujemy się przez piractwo okradani? Tak – odpowiada gitarzysta, grający obecnie z Elektrycznymi Gitarami. – Na nielegalnym ściąganiu muzy traci wiele osób. Piractwo powoduje, że autorzy muzyki i tekstów nie dostają z ZAiKS-u tantiem, tracą też muzycy, którzy dostają tantiemy wykonawcze od sprzedanych egzemplarzy. Rozwiązania prawne kompletnie nie nadążają za nieprawdopodobnym rozwojem technologii. Te 1,9 mln dolarów za 24 piosenki to jakaś rozpaczliwa próba poradzenia sobie ze zjawiskiem, które już dawno wymknęło się spod kontroli. Systematycznie zamiera zjawisko płyty. Może przyszłość fonografii będzie wyglądała tak, że padną wytwórnie płytowe, a kapele kupią sobie programy do księgowania i będą umieszczały empetrójki na swych stronach internetowych? Już dziś młode zespoły, by się wypromować, zamieszczają pliki mp3 na stronie: myspace. Więcej, umożliwiają często ich ściąganie za darmo.

Na rewolucyjny pomysł wpadł Radiohead, jeden z najważniejszych zespołów muzycznego rynku. Ich krążek „In Rainbows” już przed oficjalną premierą można było kupić w necie za „co łaska”. Gdy Arka Noego zdecydowała się pół roku temu na wydanie płyty z wszystkimi empetrójkami, sprzedawcy kręcili głowami: Kto teraz kupi tradycyjne płyty? To jednak wymóg czasu. Robert Friedrich zaproponował świetne rozwiązanie: siedemdziesiąt całkowicie legalnych empetrójek. Za niewielkie pieniądze. Zresztą już pierwsza płyta zespołu „A gu gu” była na rynku małą rewolucją. Kosztowała dwukrotnie mniej niż inne podobne krajowe albumy. Nic dziwnego, że sprzedała się w gigantycznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Wygórowana cena, jaką za krążki dyktują wielkie koncerny, okazuje się dla wielu melomanów zaporą nie do przeskoczenia. Wolą klikać. Za darmo. Ale czy to legalne? I przyzwoite?

Co za to grozi?
Co nam grozi, gdy policja dowiedzie, że na naszym komputerze nielegalnie „gra i trąbi grupa Kombi”? Każdy utwór jest chroniony ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Nie łamiemy prawa, gdy ściągamy z sieci pliki, jeśli ich licencja na to pozwala. Zyski czerpie wówczas nie tylko właściciel portalu, na którym są zamieszczone, ale i sam twórca. A nielegalne ściąganie? Osoba posiadająca prawa do utworu może od nas zażądać odszkodowania. Jeśli ściągamy muzykę lub film (nie dotyczy to programów komputerowych!) i korzystamy z nich wyłącznie w gronie rodziny lub przyjaciół, to wszystko mieści się w zakresie tzw. własnego użytku osobistego. Samo ściągnięcie musi być nieodpłatne. Ale okazuje się, że i w tym przypadku wszystko zależy od tego, czy prawnicy potraktują empertójkę jako utwór muzyczny czy, nie daj Boże dla piratów, program komputerowy (zobacz rozmowa z Krzysztofem Wąsowskim).

Udostępnianie plików, wykraczające poza rodzinę, przyjaciół jest naruszeniem granic dopuszczalnego rozpowszechnienia. Prawo wydaje się bezradne. Nie pomagają nawet spektakularne akcje policji, która co pewien czas oznajmia, że zatrzymała administratora nielegalnej sieci komputerowej i zabezpieczyła kilka serwerów o łącznej pojemności 12 terabajtów (jak we Wrocławiu w listopadzie 2007 roku). Odtwarzacze mp3 sprzedają się jak świeże bułeczki. Trudno przypuszczać, by młodzi, którzy nie ruszają się już z domu bez słuchawek, mieli na swych wielogigowych dyskach kilka legalnie ściągniętych piosenek. Rozmiar pirackiej rewolucji nie ma precedensu w historii. Prawnicy się głowią, moraliści debatują, a muzyka płynie. Wielkim swobodnym strumieniem.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama