Nowy numer 44/2020 Archiwum

Poczęcie poza instrukcją

- Ta procedura medyczna tak zamąciła mój umysł, że przez cały czas myślałam tylko, kiedy zajdę w ciążę - wspomina Adriana. Nie umiała patrzeć na rodziców kilkorga dzieci bez zazdrości. To było błędne koło.

Zaraz po ślubie z Marianem poczęła im się Patrycja. Dziś ma sześć lat i właśnie poszła do szkoły. Adriana pochodzi z rodziny wielodzietnej i chciała mieć co najmniej dwójkę dzieci. Ale po roku starań zaczęła się niepokoić, że coś jest nie tak. Oboje poszli do lekarza i zaczęły się badania.

Jak maszyna
– Mąż pojechał do Zabrza na sprawdzenie nasienia. To był koszmar, musiał je zdobyć w toalecie – opowiada Adriana. – Nawet się nad tym nie zastanawiał, ważna była diagnoza. Okazało się, że z nim wszystko w porządku. Potem u niej wykryto jakieś nieprawidłowości hormonalne. Lekarz zlecił jej monitorowanie cyklu miesiączkowego. Kiedy zaczynało się jajeczkowanie, musiała jechać na badania, a potem przez dwie doby jak najczęściej współżyć z mężem. – Czułam się jak maszyna – mówi. – To było jakoś deprawujące, jeżeli chodzi o psychikę. Wszystko według instrukcji, pod kontrolą. Świat skurczył się do myślenia o jednym. Żeby zajść w ciążę. Dodatkowo poddała się badaniom drożności jajowodów. Okazało się, że lekarze nie mają zastrzeżeń. Zaczęli podejrzewać, że plemniki giną gdzieś „po drodze”, najpewniej w szyjce macicy. Dlatego, żeby ją ominąć, zaproponowano im sztuczną inseminację. Nie wiedzieli, jak na to zareagować.

Prośby Adriany
– Dopiero po rozmowie z księdzem zorientowałam się, że zarówno sztuczna inseminacja, jak i metoda in vitro są naganne moralnie – przyznaje. – Nie było 100-procentowej gwarancji na to, że poczniemy dziecko, a jak ja potem żyłabym z tym obciążeniem? Nie mogłabym spokojnie funkcjonować. Dostała skierowanie do poradni leczenia niepłodności. Kiedy lekarz usłyszał, że nie decydują się na żadną z proponowanych metod, uznał, że dalsze leczenie nie ma sensu. Zawsze jeździła na Jasną Górę prosić o łaski. – Od dzieciństwa pisałam tam takie karteczki z prośbami i dziękczynieniami, które wrzucałam do skrzyni – opowiada. – Najpierw prosiłam, żeby urodziło się nam drugie dziecko, potem, żebym umiała się pogodzić z faktem, że go nie ma. A to było najtrudniejsze.

Imię z nieba
Od końca leczenia minęło półtora roku kiedy poszła na kontrolę. Ginekolog znów zalecił badania hormonów. Na spokojnie z nich zrezygnowała. – Minęło kolejne półtora roku i ni stąd, ni zowąd okazało się, że jestem w ciąży – śmieje się. – Byliśmy pewni, że to działanie Pana Boga. 18 lipca urodził im się synek. Już przed porodem myśleli dla niego o imieniu Szymon. Okazało się, że przyszedł na świat dzień przed świętem swojego patrona – Szymona z Lipnicy. Dopiero po powrocie do domu Adriana sprawdziła, że Szymon znaczy „Bóg wysłuchał”. – Mnie było łatwiej zrezygnować z in vitro, miałam już córeczkę – mówi. – Innym rodzicom radzę, że warto poddać się podstawowym badaniom, ale nie można przekraczać granic. Przychodzi moment, że trzeba zdać się na łaskę Boga, bo tylko wtedy przyjdzie spokój wewnętrzny.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama