Nowy numer 49/2020 Archiwum

Apetyt na dożywocie

Szkoda czasu na zdradę – przekonywał Jerzy Stuhr w czasie „Targów wierności”. To była odpowiedź na targi rozwodowe. Salwatorianie z Trzebnicy nie chcieli być bierni i przez kilka dni przekonywali, że po-trafimy być wierni.

AK+MS=WMBR. Jak odczytywać ten skrót? To proste. Gdy chodziłem do podstawówki, recytowaliśmy, zacierając rączki: Agnieszka Kowalska + Mirek Nowak = Wielka Miłość Bez Rozwodu. Słowa „bez rozwodu” były normą. Czy dziś maluchy wciąż tak piszą? Jak w dzisiejszych czasach promować wierność?
Z ulicznych wystaw i kiosków w Trzebnicy uśmiecha się do nas młodziutka para. Zdjęcia w klimacie „więziennej” kartoteki. „Skazani na dożywocie” – brzmi przewrotna reklama. – Targi wierności zrodziły się z gniewu – opowiadają salwatorianie. – Niedaleko stąd, we Wrocławiu, organizowano targi rozwodowe. Słyszała o nich cała Polska. Tymczasem impreza okazała się niewypałem. Przyszło więcej dziennikarzy niż zwiedzających.

Nie było tłumów walących drzwiami i oknami, chętnych do nauki wrzucania obrączek do sedesu i wspólnego palenia fotografii ślubnych. – W Polsce rośnie liczba rozwodów, to prawda. Jednak wykorzystywanie tych tendencji w celach marketingowych, traktowanie ludzkich tragedii w kategoriach towaru jest sprawą niepokojącą. Rozwód nie jest rozwiązaniem żadnych problemów. Jest zadaniem ran, które często pozostawią niezatarty ślad w życiu małżonków i ich dzieci – alarmował młodziutki salwatorianin ks. Bartłomiej Król. Zamiast siedzieć z założonymi rękami, zorganizował I Targi Wierności. Przyszło naprawdę sporo ludzi – cieszył się tuż po inauguracji. – Pary odwiedzające targi mogły się dowiedzieć, jak po latach małżeństwa dalej być dla siebie atrakcyjnymi, gdzie zabrać swoją ukochaną na romantyczną kolację i kiedy mężczyźnie wręczyć kwiaty.

Dali twarz
Szukamy pary z plakatu. Znajdujemy ją w jednej z trzebnickich kamienic. Siadamy na tapczanie z Wandą i Radkiem Mokrzyckimi i trójką ich maluchów. – Nie baliście się wylądować na plakacie? – zaczepiam młodych małżonków. – Trochę tak – opowiada Wanda. – Mój mąż miał robić ten plakat i szukaliśmy chętnej pary, ale jakoś brakowało. Ustawiliśmy więc na statywie aparat i sfotografowaliśmy naszą rodzinkę. Pasowaliśmy do konwencji. – Staliście się w Trzebnicy ikoną wzorowego małżeństwa. Nie baliście się, że zamiast „Mokrzyccy” napiszą wam na drzwiach „Wierni”? – Nie – śmieje się Wanda. – Mnie było o tyle łatwiej, że z natury rzadko się czymś przejmuję. Ja i tak jestem rozpoznawana. Nie dość, że mam wygodną, choć kontrowersyjną fryzurę – przejeżdża ręką po króciutko ostrzyżonych włosach – to jeszcze paraduję po ulicach z trójką dzieci. Daliśmy twarz do idei wierności, bo w nią wierzymy. Jasne, że nie zawsze jest u nas sielankowo, są i zawiesiste dni. To normalne. Ale staramy się, by te dni nas umocniły, a nie zniszczyły. – W małym miasteczku nie schowacie się w tłumie, jesteście rozpoznawalni na kilometr… – prowokuję ich dalej. – Tak. Odwagi uczyliśmy się od… naszych dzieci. Gdy sąsiedzi, którzy nie chodzą do kościoła, pytają czasami naszego Józia: „Gdzie idziesz?”, on z całą prostotą odpowiada: „Do Jezusa!”. „Aha, to znaczy do kościoła” – domyślają się.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama