GN 32/2018 Archiwum

Czy Papież płakał?

Beata Zajączkowska: Sześć godzin przed śmiercią Jana Pawła II usłyszał Pan od niego „dziękuję”

Arturo Mari: – Był dla mnie prawdziwym Ojcem. Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać. Poczułem się bardzo wyróżniony, gdy powiedziano mi, że chce mnie zobaczyć. Gdy przyszedłem, usłyszałem: „Arturo dziękuję”. Nie spodziewałem się tego. Jan Paweł II niestrudzenie upominał się o prawa najsłabszych, odrzucanych.

Widział go Pan zrezygnowanego wobec bezmiaru ludzkiego nieszczęścia?
– Na początku pontyfikatu powiedział: „Nie lękajcie się” i sam nigdy niczego się nie bał. Niezależnie od sytuacji był świadkiem Boga. Siłą jego posługi była modlitwa. Nieraz leżał krzyżem na podłodze kaplicy i rozmawiał z Chrystusem. Szczególnie kiedy miał do rozwiązania trudne sprawy, mówił do Niego na głos. Modlił się po polsku. Z tych paru słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: pomóż mi, Boże, przymnóż mi sił, wzmocnij moją wiarę. On! – prosił o pomoc. Przed spotkaniami z ludźmi mówił do nas: oni tak wiele ode mnie oczekują. I bronił życia, rodziny, kobiety, walczył o poszanowanie praw człowieka i o chleb dla każdego. Jednak wszystko co robił, najpierw dokonywało się w kaplicy. W czasie pielgrzymek na modlitwę potrafił wstawać o piątej rano, czy trwać na niej późno w nocy. Byłem świadkiem tego, czego dzięki niej dokonywał.

Czy pamięta Pan jakieś szczególne sytuacje?
– W Peru, kiedy Ojciec Święty przemawiał, pewien ubogi człowiek mu przerwał. Podbiegł do Papieża i zaczął mówić: Ojcze Święty wszystko to są piękne słowa, ale moja sytuacja, i nie tylko moja, tu, na tej ziemi, jest kompletnie odmienna. Kiedy wrócę do domu i wezmę do ręki talerz, on będzie pusty. Co dam do jedzenia moim dzieciom? Takie problemy pojawiały się często. Ojciec Święty natychmiast pytał głowy państw, co robią, by pomóc tym biednym ludziom. Sam też pomagał. Nie zatrzymywał się przed żadnym reżimem. Tak było w Nikaragui. Na Sycylii podniósł głos przeciwko niszczącej człowieka mafii. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał ślad. On nie bał się jednak rozwalać kolejnych murów.

Czy był Pan świadkiem cudów?
– Wielokrotnie byłem świadkiem wydarzeń, które po ludzku są nie do wytłumaczenia. Pewna Angielka, chora na raka, której zostało zaledwie kilka godzin życia, chciała spotkać Ojca Świętego. Samolotem przewieziono ją na lotnisko w Rzymie, następnie specjalną karetką do Watykanu. Papież podszedł do niej, wysłuchał. Mówił: nie bój się, módl się ze mną. Potem ją przytulił, pobłogosławił i znów zachęcił: módlmy się razem. Samolot wrócił do Londynu. Dzień później chora wstała z łóżka, powiedziała, że jest głodna. Dziś prowadzi Centrum Walki z Rakiem.

Kolejny przykład. Był 1 stycznia. Po południu ks. Stanisław pilnie mnie wezwał. Wszedłem do papieskiego apartamentu i zobaczyłem przejmującą scenę. Papież klęczał na ziemi przy wóz- ku niepełnosprawnego chłopca. Młodzieniec był wycieńczony, ważył może 25 kg. Jego ostatnim pragnieniem było spotkać się z Papieżem. Przyjaciele złożyli się na podróż. Przywie- źli go z Bresci do Watykanu i bez zapowiedzi zjawili się przed Spiżową Bramą. On musi spotkać Papieża – przekonywali gwardzistów. Gwardziści poinformowali ks. Stanisława, a on pozwolił im wejść. Ojciec Święty modlił się, klęcząc przy chłopcu może kwadrans. Ten wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek z krzyżykiem, który miał na szyi, i udzielając błogosławieństwa, nałożył go chłopcu na szyję. On chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: dziękuję, do zobaczenia w niebie. Cztery dni później zmarł. Jego mama opowiedziała nam potem, że umierał spokojny.

Gdy opowiada Pan o tych wydarzeniach, łamie się Panu głos, a czy Ojciec Święty płakał?
– Nie widziałem go płaczącego. Ogromnie wzruszonego – tak. Kiedy odwiedzał szpitale onkologiczne. Brał na ręce małe dzieci, a matki chwytały się jego kolan, błagając o cud. Pamiętam, jak w Korei po kolei błogosławił 800 chorych na trąd. My sobie nawet nie zdajemy sprawy z tego, co oznacza trąd. Byłem tuż obok. Smród rozkładającego się ciała zapierał dech. Przerażały zniekształcone chorobą twarze, okaleczone ręce. A Ojciec Święty każdego ucałował. Trędowaci wreszcie poczuli się kochani. W Afryce szedł do chorych na AIDS, przytulał zarażone wirusem HIV dzieci. Wieczorem wchodził do kaplicy i godzinami się modlił. Tego nie można zapomnieć. Ludzie mówią: „święty”. To są cuda, których dokonywał na co dzień.

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji