Nowy numer 3/2021 Archiwum

Dobry dzień do zabijania

– Wierzysz w Boga? – zapytał chłopak. – Tak. Wierzę. – odparła Cassie. Padł strzał. Dziewczyna osunęła się na ziemię.

Dwudziestego kwietnia 1999, godz. 7.20. Zaspana Cassie schyliła się, by ubrać swe ulubione welurowe martensy. Szybko zbiegła ze schodów. Szkoła była tuż obok, ale do rozpoczęcia lekcji zostało niewiele czasu. Ziewnęła. W nocy długo ślęczała nad książkami.
– Pa, Cassie. Kocham cię! – krzyknęła na pożegnanie matka.
– Ja też cię kocham, mamo – wymamrotała dziewczyna.

Cztery godziny później…
Rozkrzyczany kolorowy tłum wybiegł na korytarz. W szkole średniej w Littleton w stanie Kolorado rozpoczęła się przerwa obiadowa. Nagle do budynku wkroczyli dwaj osiemnastoletni uczniowie: Eric Harris i Dylan Klebold. Mieli czarne płaszcze i narciarskie gogle. – Dobry dzień, żeby umrzeć! – rzucił jeden z nich. To jakiś wygłup? – dziwili się ich kumple, ale gdy jeden z chłopaków wyjął spod płaszcza karabin i zaczął strzelać, wszyscy zamarli.

Wybuchła panika. – Wszyscy zginiecie! – darli się szaleńcy i rozpoczęli polowanie. Szukali wzrokiem przedstawicieli mniejszości narodowych i chrześcijan. Strzelali do nich jak do kaczek.

Po każdym strzale ryczeli z radości
Kilka minut wcześniej Cassie Bernall z plecaczkiem na ramieniu weszła do szkolnej biblioteki. Chciała w ciszy przeczytać fragment „Makbeta”. Nagle do sali wbiegła nauczycielka, krzycząc, że w holu są ludzie z pistoletami. Ktoś rzucił: „Spokojnie, to tylko jakieś wygłupy”, ale gdy do biblioteki wbiegł chłopak z zakrwawionym ramieniem, wszyscy rzucili się pod stoły. – Strasznie się trzęsłam – opowiada młodziutka Crystal. – Moja koleżanka skuliła się pod stolikiem i złapała mnie za nogi. Do biblioteki weszli Eryk i Dylan. Strzelali i powtarzali: „Całe życie czekaliśmy, żeby to zrobić”. Po każdym strzale krzyczeli z radości. – Nie mogłem niczego widzieć, kiedy ci faceci podeszli do Cassie, ale rozpoznałem jej głos – dopowiada łamiącym się głosem Josh. – Słyszałem wszystko, jak gdyby działo się to tuż obok. Jeden z nich zapytał ją, czy wierzy w Boga. Przez chwilę milczała, jakby nie wiedziała, co im odpowiedzieć, a potem powiedziała, że tak. Musiała być przerażona, ale głos jej nie drżał. Brzmiał mocno. Potem zapytał, dlaczego wierzy, ale nie dali jej odpowiedzieć. Rozległ się strzał.

Cassie z przestrzeloną głową osunęła się na podłogę. Gdy upadała, na przegubie dłoni zakołysała się bransoletka z wygrawerowanym napisem WWJD. To pierwsze litery słów: What would Jesus do – Co zrobiłby Jezus?. Od dwóch lat zadawała sobie to pytanie. Misty Bernall, matka dziewczyny, jak obłąkana krążyła wśród histeryzującego tłumu rodziców. Telewizja od kilkunastu minut nadawała tylko jedną informację: szaleńcy strzelają do swoich kolegów.

Kobieta przeczuwała najgorsze.
– Nieobecność dziecka była udręką niemal nie do wytrzymania. Miałam ze sobą poduszkę Cassie, którą zabrałam z jej łóżka. Gdy zaczęły mi płynąć łzy, objęłam tę poduszkę ramionami, wtuliłam w nią twarz i wdychałam zapach mojej córki. Zapach mojego dziecka. Nigdy tak długo i tak bardzo nie płakałam.
W sidłach szatana

Wiele przeżyła z nastoletnią córką. Jeszcze dwa lata temu wprost nie potrafiła z nią wytrzymać. Wiele razy słyszała, jak zbuntowana dziewczyna rzucała jej w twarz: Nienawidzę cię! Zaczęło się niewinnie. Kiedyś znalazła korespondencję Cassie ze szkolną koleżanką. Wynikało z niej jasno: dziewczyna była pogrążona w beznadziei, myślała o śmierci. Nienawidziła wszystkich wokół, przeklinała rodziców. „Oddałam się cała szatanowi – opowiadała później. – Nie widziałam żadnego promyka światła. Wszystko było ciemnością”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama