Nowy numer 27/2022 Archiwum

Sercem, duszą i muzyką

Nigdy nie widział morza, bieszczadzkich połonin i bandury, na której kocha grać, a potrafi o nich opowiadać tak, jakby miał je stale przed oczami. Informatyk, który zdobywa szczyty Korony Ziemi, udowadnia, że niewidzenie to nie jest koniec

Łukasz Żelechowski nie widzi od urodzenia. Pospieszył się na świat, a kiedyś wcześniakom w inkubatorze nie zakładano specjalnych okularów chroniących oczy. Łukasz ma retinopatię. Jak jednak dziś bez pomocy wzroku radzi sobie z nowoczesnymi technologiami informatycznymi? Co widzi w górach, skoro nie może ich zobaczyć? Po co wspina się na najwyższe szczyty Afryki i Kaukazu?

Góry
O górach może mówić bez końca. Bieszczady zna jak własną kieszeń, każdą najmniejszą dróżkę, z powodzeniem można by mu dać licencję przewodnika. Świetnie zna też Tatry, a gwarą mówi jak rodowity góral. Jego największą dumą są jednak wyprawy na dwa szczyty Korony Ziemi: Kilimandżaro i Elbrus, w których brał udział wraz z innymi osobami niepełnosprawnymi. – W 2006 roku wygrałem Festiwal Zaczarowanej Piosenki, organizowany przez fundację „Mimo Wszystko” Anny Dymnej. To ona dwa lata później, wiedząc, że chodzę po górach, zaproponowała mi wyprawę na Kilimandżaro. Potraktowałem to jako dar od losu – opowiada. Po co chodzi w góry? Jaka to dla niego różnica, czy wejdzie na Kilimandżaro, Kasprowy Wierch czy Połoninę Caryńską? – Każda góra jest inna. Bieszczady to niepowtarzalny klimat połonin, cudownych karpackich lasów, magia zdziczałych sadów, wspaniale szumiących potoków – tłumaczy. – Kilimandżaro leży w przepięknej Afryce. Co z tego, że jej nie widzę? Słyszę! Słyszę dwa tysiące ptaków, hipopotama, małpki skaczące po drzewach. Czuję zapach pomarańczy, mogę dotknąć baobabu. Pamiętam każdy krok. Pierwszy raz byłem na wysokości prawie 6 tysięcy metrów, brakowało mi tlenu. To była lekcja pokory wobec natury i szacunku do drugiego człowieka. Wszyscy sobie nawzajem pomagaliśmy. Byliśmy nawzajem swoimi oczami, nogami, rękami, bo w wyprawie brały udział np. osoby na wózkach. Rok później z fundacji Janka Meli „Poza Horyzonty” Łukasz dostał propozycję pójścia na Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu.

Niewidzenie
– Wiedziałem, że to niebezpieczna góra, a wyprawa będzie typowo zimowa: kopny śnieg, lód, szczeliny – wspomina. Szczyt zaatakowali 30 lipca ubiegłego roku. Warunki były trudne: wiatr, śnieżyca. Lina, którą Łukasz był przywiązany do swojego przewodnika, plątała się. Nie chcieli narażać życia swojego i pozostałych uczestników wyprawy, więc razem z Jankiem Melą zawrócili, gdy do szczytu brakowało zaledwie 300 metrów. W bazie postanowili, że następnego dnia, jeśli pogoda się poprawi, jeszcze raz zaatakują. Tym razem się udało. Łukasz, nawet gdy dziś o tym opowiada, jest wzruszony. – Poniżej 4000 metrów szalały burze, a my mieliśmy przepiękne niebo, bez jednej chmurki – wspomina. – Elbrus to niełatwa góra. Kilka dni po naszym wejściu zginęły tam dwie osoby.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama