Nowy numer 32/2020 Archiwum

Olimpiada pachnąca żywicą

Najbardziej zaskoczeni byliśmy, jak zobaczyliśmy z balkonu wędrującego po ulicy niedźwiedzia - opowiada polski bobsleista Marcin Niewiara. Do zimowych igrzysk w Vancouver zostało już tylko kilka dni.

Gorący czas przed olimpiadą wypełniają spekulacje medalowe. Naszą największą nadzieją jest biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk. Nic w tym dziwnego – ostatnio wygrywa, zdobyła już olimpijski brąz przed czterema laty w Turynie. Adam Małysz? Cóż, żaden polski sportowiec nie dał nam tyle radości w minionym dziesięcioleciu, co on. Czy jednak w Kanadzie uda mu się sięgnąć po złoto, którego nie zdobył, kiedy był u szczytu kariery? Jest jeszcze biathlonista Tomasz Sikora. Był już na czterech igrzyskach, z poprzednich przywiózł srebro. Nawet powtórzenie tego osiągnięcia byłoby z pewnością wielkim sukcesem. Medal dla kogoś spoza tej trójki byłby równie miłą, jak wielką niespodzianką.

Fortuna, Małysz i…
Rozważając medalowe szanse i rozbudzając nadzieje, zapominamy o tym, że Polska nie jest i nigdy nie była potęgą w dyscyplinach zimowych. Legendarny komentator sportowy Bohdan Tomaszewski upatrywał niegdyś przyczyn takiego stanu rzecz w braku masowości sportów zimowych. Pod tym względem chyba niewiele się u nas zmieniło. W każdym razie statystyki mówią same za siebie – w całej historii olimpiad zimowych nasi rodacy zdobyli na nich w sumie 8 medali i w klasyfikacji medalowej wszech czasów znajdują się na 25. miejscu. Tylko jeden z naszych medali był złoty – Wojciecha Fortuny w skokach narciarskich w 1972 roku w Sapporo. Jak długo nasza reprezentacja czekała na kolejny medal zimowej olimpiady? 30 lat! Dopiero Adam Małysz w Salt Lake City w 2002 roku zdobył dwa medale: srebrny i brązowy. I były to jedyne krążki wywalczone wówczas przez polską reprezentację. Ten sam wynik medalowy Polska powtórzyła w Turynie. W sumie na dwadzieścia dotychczasowych zimowych igrzysk olimpijskich Polacy przywieźli medale tylko z pięciu. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski przyznaje, że byłby zadowolony z powtórzenia w Vancouver dwumedalowego dorobku z Turynu.

Na polskiego medalistę czeka nielicha premia. Wprawdzie nie jest to 300 tys. (w przeliczeniu na złotówki) i luksusowy samochód – taka nagroda przewidziana jest dla złotego medalisty w Rosji. Ale i tak za złoto zimowej olimpiady polski sportowiec otrzyma 250 tysięcy, za srebro – 150 tysięcy, za brąz – 100 tysięcy złotych. Na podobne premie mogą liczyć sztaby szkoleniowe i medyczne. Jest jednak jedno ciekawe i godne poparcia zastrzeżenie, według którego z premii musi skorzystać także pierwszy trener medalisty, czyli człowiek, który odkrył jego talent. Nawiasem mówiąc, szwedzcy olimpijczycy za zdobyte medale nie otrzymają żadnych premii finansowych. Szwedzki Komitet Olimpijski wręczy im pluszowe maskotki w trzech rozmiarach, w zależności od koloru medalu. Hojniejsi są Austriacy. Ich medaliści otrzymają czyste złoto – za złoty medal 17 uncji (wartości ponad 50 tys. złotych), za srebrny – 13 uncji, za brązowy medal – 11 uncji cennego kruszcu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama