Nowy numer 30/2021 Archiwum

Obudził się we mnie lew!

Ryzykując życie, ugasił pożar w domu. Uratował rodzinę, ale został ciężko poparzony. W Wigilię znów poprowadził główne wydanie "Wiadomości". O tym, kiedy w mężczyźnie rodzi się lew, z Krzysztofem Ziemcem rozmawia Maciej Gajek*.

W samym ręczniku ugasiłeś pożar w kuchni. Czujesz się bohaterem?
– Nigdy tak nie myślałem! Co się tak naprawdę stało, uświadomiłem sobie dopiero rano, w szpitalu. Wtedy poczułem ból. Wcześniej byłem w szoku, chodziłem o własnych siłach. Stopy wielkości bochenków chleba, z czarną skórą. Schodząc do sąsiadów, piętro niżej, zostawiłem krwawe ślady na schodach. Leżałem na korytarzu w plamie krwi. Popłakałem się, gdy zobaczyłem, jak wyglądam, spaloną skórę. Ból i strach przyszły następnego dnia. Ktoś mnie niedawno spytał, czy w oczach dzieci uchodzę za bohatera. One tego nie pamiętają, chociaż miały traumę. Środkowa córka, gdy po wypadku usłyszała cokolwiek o ogniu, nawet w telewizji, miała reakcje wymiotne. Mały synek słysząc karetkę pogotowia, myślał, że to do nas – za każdym razem chciał wracać do domu, bo coś złego się stało. Ale to przeszło, niedawno paliliśmy ognisko w lesie, nikt nie miał obiekcji.

Po wypadku byłeś całkowicie zależny od żony. Męska duma pewnie cierpiała.
– To było psychicznie nie do zniesienia. Czułem się jak czwarte dziecko, tylko gorsze, bo ciężkie i duże. Długo bez jej pomocy nie byłem w stanie zrobić nic, musiała mnie podnieść z łóżka! Posługiwaliśmy się biurowym krzesłem, na którym mnie woziła. Dzieci przynosiły mi kapcie, otwierały mi rano zasłony. To było urocze, ale i koszmarne, bo wcześniej to ja byłem głową rodziny. Dzieci zaczęły mnie w końcu omijać. O wszystkim rozmawiały tylko z mamą, tata był taką rośliną, która nie ma wpływu na życie w domu. Uświadomiłem sobie, że muszę się wziąć w garść, bo za chwilę może być za późno.

Były takie momenty, kiedy Twoja żona miała dość?
– Była twarda, chociaż spała po 3–4 godziny na dobę. Ale widziałem to na jej twarzy. Kiedy leżałem w szpitalu, chciałem, żeby cały czas była ze mną, doskwierało mi potworne poczucie samotności. Po wyjściu ze szpitala było jeszcze gorzej. Pomiędzy zrobieniem zupy, opieką nad dzieckiem, załatwianiem spraw na mieście i zakupami musiała mnie umyć, wytrzeć, nasmarować. I co najgorsze – zaraz po wyjściu ze szpitala – zmieniać opatrunki. A to mało kto potrafi! Ale bardzo nas to zbliżyło.

Pomagali też koledzy. Wyremontowali ci kuchnię, wysłali dzieci na wakacje. Trudno było przyjąć pomoc?
– Nie chciałem przyjmować wsparcia finansowego. Miesiąc po wypadku przyszedł kolega z listem od redakcji „Wiadomości” i kopertą z pieniędzmi. Nie chciałem przyjąć. Ale powiedział mi: to nie jest dużo, ale zrobisz im przykrość, bo nie wiedzą, jak inaczej ci pomóc. Przydało się, bo dochodzenie do zdrowia sporo kosztuje.
« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama