GN 43/2020 Archiwum

Tour de Doping

Organizatorzy najważniejszego na świecie wyścigu kolarskiego wydali bezkompromisową wojnę dopingowi. Czy kolarstwo przetrwa tę wojnę?

Tour de France to coś więcej niż zwykły wyścig kolarski. Odbywająca się co roku od 106 lat trzytygodniowa impreza stała się jednym z najważniejszych sportowych wydarzeń na świecie. W jego cieniu znajdują się nie tylko inne wyścigi wieloetapowe, ale także mistrzostwa świata w kolarstwie. Co roku tysiące kibiców z całego świata gromadziły się na trasach etapów „Wielkiej Pętli”, a miliony przed telewizorami. Co roku zwycięzca przestawał być zwykłym sportowcem znanym tylko fanom. Stawał się pierwszoplanową postacią kultury masowej, jak triumfator tenisowego Wimbledonu albo laureat plebiscytu „France Football” na najlepszego piłkarza świata. Od kilku lat jednak zainteresowanie Tour de France spada. Pierwszy dzwonek alarmowy pojawił się w 2006 roku. Francuska telewizja ujawniła wówczas, że poszczególne etapy oglądało za jej pośrednictwem 3,6 mln widzów w porównaniu z 4,2 mln w 2005 roku. Wszyscy komentatorzy byli zgodni: Tour de France, podobnie jak całe kolarstwo, niszczy doping.

Wyścig laboratoriów
Dawniej dowiadywaliśmy się o dopingu dopiero wtedy, gdy jakiś kolarz przedawkował i zmarł na trasie, tak jak Tom Simpson w 1967 roku. Wszystko zmieniło się w roku 1998, gdy wybuchła tzw. afera Festiny. W samochodzie ze sprzętem grupy kolarskiej Festina odkryto wówczas niemal hurtowe ilości środków dopingujących. Od tej pory coraz częściej wybuchały skandale. W pokojach hotelowych sławnych kolarzy znajdowano przenośne laboratoria, na dopingu przyłapywani byli wielcy mistrzowie. Nawet ci nieliczni, którym udało się uniknąć dyskwalifikacji, wydają się mieć coś na sumieniu. W 2005 roku zbadano próbki moczu Lance’a Armstronga, jedynego człowieka, który siedem razy wygrał Tour. Znaleziono niedozwolone substancje, ale kolarza nie ukarano z przyczyn formalnych, ponieważ próbki były sprzed sześciu lat i brakowało tzw. próbki „B”.

Wyścig kolarski zamienił się w wyścig między laboratoriami dopingowiczów i laboratoriami tropicieli dopingu. Tour de France w ostatnich trzech latach (2006–2008) stał się wręcz groteskowy. Zaczynało się od tego, że wielu wybitnych zawodników nie było w ogóle dopuszczonych do udziału, bo podejrzewano ich o doping. Pozostali ścigali się tak jak dawniej, ale większe emocje niż finisze wzbudzało to, co działo się między etapami. A to lider wpadał podczas kontroli, a to u kogoś w pokoju znajdowano strzykawki... A na koniec okazywało się, że mimo tych kontroli zwycięzca i tak jechał „na koksie”, jak triumfator z 2006 roku Floyd Landis. Zdyskwalifikowano go kilka miesięcy po imprezie. Na dodatek kolarskim światkiem wstrząsały pojawiające się co pewien czas wypowiedzi dawnych sław, które już zakończyły karierę, przyznających się do stosowania w przeszłości dopingu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama