Nowy numer 49/2020 Archiwum

Radio spod ziemi

Biały maluch włącza światła. A potem ostro rusza spod akademika. To umówiony znak, że stojący w oknie Rafał musi natychmiast przerwać emisję nielegalnej audycji radiowej i uciekać.

Jeszcze moment, a pod akademik zajeżdżają pędem polonezy z esbekami. Kilkunastu wbiega do budynku. – Schowałem nadajnik pod ubranie i spokojnie wyszedłem – wspomina dziś akcję z lat 80. Rafał Guzowski. – Esbecy mieli na sobie pelengatory, którymi chcieli namierzyć miejsce nadawania audycji. Ale kiedy nasz sygnał znikał, esbecy głupieli... Zanim zdecydowali, co dalej, nas już nie było – śmieje się. Dziś jest dyrektorem wydziału we wrocławskim Urzędzie Miejskim. Wtedy działał w podziemnym Radiu NZS. – Wrocław to ewenement na skalę światową, bo działały u nas jednocześnie aż trzy podziemne rozgłośnie radiowe – mówi Igor Pietraszewski, w latach 80. działacz radia RKS „Solidarność”, a dzisiaj muzyk saksofonista. Tajniacy, którzy próbowali rozbić nielegalne rozgłośnie, ciągle wychodzili na idiotów. Umieli co najwyżej znaleźć porzucony po audycji nadajnik. Wrocław postanowił dziś uhonorować ludzi, którzy w latach 80. pracowali w podziemnych radiach. Na kamienicy przy ulicy Świdnickiej, tuż przy wrocławskim rynku, zawisła 20 czerwca pamiątkowa tablica.

Przebrani budowlańcy
Wrocławscy radiowcy z podziemia nieraz robili sobie żarty z władzy. W audycji z 16 i 17 listopada 1982 roku ludzie z Radia RKS (czyli Regionalnego Komitetu Strajkowego NSZZ „Solidarność”) wykorzystali fragment antypapieskiego przemówienia aparatczyka partyjnego Tadeusza Porębskiego. A po audycji wysłali Porębskiemu... honorarium autorskie za wykorzystaną w nielegalnej audycji wypowiedź. Igor Pietraszewski ze swoimi kumplami z podwórka, wśród których byli dwaj uczniowie technikum elektronicznego, rozmieszczali przed audycjami nadajniki Radia RKS. Czasem nocą, po kryjomu, w strachu przed nakryciem. Choć raz się zdarzyło, że poszli w biały dzień, udając budowlańców. – Od ludzi z politechniki, którzy robili nadajniki, dostaliśmy też kaski, drelichy i oczywiście rękawiczki gumowe, żeby nie zostawić odcisków. Tak przebrani wspięliśmy się po rusztowaniu na czwarte albo piąte piętro gmachu na tyłach ulicy Nankiera. Matko, ilu ludzi nam się przyglądało z okien – wspomina. Do nadajnika trzeba było podłączyć magnetofon z kasetą, na której była nagrana audycja. W komplecie nieraz był też mechanizm czasowy, który miał rozpocząć emisję z opóźnieniem, kiedy „stawiacze”, tacy jak Igor, będą już daleko. Jeśli po emisji nie pojawiali się esbecy, „stawiacze” wracali po sprzęt, żeby użyć go jeszcze raz. – Bał się pan? – No jasne! Ludzie dzisiaj mówią mi: fajnie się wtedy bawiliście. A ja w nocy przed akcją spać nie mogłem albo śnili mi się goniący mnie esbecy. Ładna mi zabawa, za którą mogli cię wsadzić między kryminalistów. Przecież Zbigniewa Romaszewskiego za podziemne radio w Warszawie skazali aż na 4,5 roku! – mówi Igor. – Myślałem: co ja matkę i ojca zabiłem, żeby się tak narażać? Wolałem pójść poćwiczyć na klarnecie i saksofonie – dodaje. – To dlaczego Pan się narażał? – Bo ktoś to jednak powinien robić. Ale mam nadzieję, że moje dwie córki nie będą stały w życiu wobec takich wyborów – mówi Igor Pietraszewski.

Namierzyli nas?
Rafałowi Guzowskiemu z Radia Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS) strach naprawdę ścisnął gardło w 1985 roku, podczas emisji z dachu wysokiego budynku przy ulicy Gajowickiej. Studenci z NZS stosowali bowiem inną taktykę: byli obecni przy nadawaniu audycji. Rejon zabezpieczało za to kilkunastu kolegów. Gdy zbliżali się esbecy, studenci alarmowali Witka Gutowskiego, studenta ochrony środowiska i właściciela białego malucha. Witek zapalał światła na znak, żeby przerwać emisję, albo odjeżdżał, co było sygnałem do natychmiastowej ucieczki. – Wtedy na dachu przy Gajowickiej nagle usłyszeliśmy kroki. Myślimy: namierzyli nas! Ale jak?! Przecież maluch stoi! – wspomina Rafał Guzowski. – Okazało się, że nadawany przez nas sygnał był tak silny, że zakłócił jakiemuś mieszkańcowi odbiór z telewizora. Facet myślał, że ma coś z anteną i przyszedł naprawić... Dziwnie nam się tylko przyglądał – śmieje się dzisiaj Rafał Guzowski. Tylko raz studenci z radia NZS zostali zmuszeni do przerwania emisji. Największą satysfakcję mieli, kiedy kilkuset milicjantów, także w 1985 roku, zrobiło nalot na akademiki w porze emisji. Biegali z nasadzonymi na siebie, przypominającymi metalowe grabie, pelengatorami, które miały zlokalizować źródło sygnału radiowego. Zahaczali nimi o siebie i przewracali się, ku uciesze przyglądających się studentów. Tymczasem sygnał był tym razem nadawany nie z akademików, ale z zupełnie innej części miasta. Z początku rozgłośnie nadawały na wolnych częstotliwościach fal ultrakrótkich, np. między 70 a 72 MHz. Ludzie wiedzieli, kiedy włączyć radio dzięki rzucanym przed emisją ulotkom. Esbecy czasem włączali wte-dy zagłuszarki, ale rzadko, bo wtedy nie mogli też namierzać źródła emisji. Później ustawili na wysokich budynkach trzy wielkie pelengatory. – Z początku myśleliśmy, że mamy pozamiatane, zlokalizują nas, to koniec radia. Ale okazało się, że niekoniecznie – wspomina Krzysztof Witczak z Radia Solidarności Walczącej. Wrocławscy radiowcy tworzyli więc audycje nie dłuższe niż 12 minut, żeby SB nie zdążyło ich namierzyć i przyjechać. Radio Solidarności Walczącej robiło emisję z pięciu nadajników w różnych częściach miasta, włączanych dokładnie w tym samym momencie. A jeśli sygnał dochodził z pięciu różnych miejsc, pelengatory esbeków nie umiały zlokalizować ani jednego.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama