Nowy numer 2/2021 Archiwum

Sądowa polityka

Sędziowie Sądu Najwyższego USA nie odchodzą nigdy, a umierają rzadko – mówią amerykańscy prawnicy. Dlatego rezygnacja sędziego Davida Soutera i powołanie jego następcy to jeden z najważniejszych momentów prezydentury Baracka Obamy.

Co będzie dalej?
David Souter, który nie lubił Waszyngtonu i narzekał, że miał „najlepszą posadę w najgorszym mieście”, zajmie się teraz wycieczkami po rodzinnym stanie New Hampshire. Zastąpi go najpewniej inny liberał, nominowany przez nadzwyczaj liberalnego prezydenta Baracka Obamę. W tym kontekście wymienia się między innymi nazwisko Soni Sotomayor – sędzina z Nowego Jorku. Przemawiają za nią racje, wynikające z poprawności politycznej, bo sędzia Sotomayor byłaby pierwszą Latynoską i jedną z dwóch kobiet w składzie trybunału. Wśród innych kandydatów wymienia się Diane P. Wood – koleżankę prezydenta Obamy ze studiów prawniczych na Uniwersytecie Chicagowskim oraz Elenę Kagan, która reprezentuje obecnie Biały Dom w procesach przed Sądem Najwyższym. Spekuluje się, że ustąpienie sędziego Soutera może być pierwszym z serii. Kolejne miejsce miałby zwolnić dobiegający już prawie dziewięćdziesiątki sędzia John Stevens. Odejść może także sędzia Ruth Bader Ginsburg, która od wielu lat zmaga się z nowotworem. Wszyscy oni zaliczani są jednak do skrzydła liberalnego i mianowanie na ich miejsce kolejnych liberałów nie zmieni zasadniczo profilu światopoglądowego sądu jako całości.

A gdyby wygrał republikanin?
Co innego byłoby, gdyby ostatnie wybory prezydenckie w USA wygrał John McCain i gdyby całą wspomnianą trójkę liberałów – lub choćby tylko jednego czy dwoje z nich – zastąpił sędzia z nominacji prezydenta republikanina. Mogłoby to przeważyć szalę na stronę konserwatystów. Może udałoby się wówczas zatrzymać albo nawet odwrócić tendencję do wpisywania do amerykańskiego prawa pomysłów, mieszczących się w pojęciu cywilizacji śmierci. Nie jest to jednak pewne, zważywszy, że McCain nie jest raczej obrońcą życia. Jego wypowiedzi, które mogłyby to sugerować, padły w okresie kampanii wyborczej, gdy starał się on przekonać do siebie różne grupy wyborców, w tym także zwolenników ruchów pro life. Poza tym były już przypadki, gdy republikańscy prezydenci nominowali sędziów liberalnych. Tak było w przypadku Davida Soutera (mianowanego przez George’a Busha seniora) i Johna Stevensa (nominowanego przez Geralda Forda w 1975 roku), który uchodzi za największego liberała w obecnym składzie sądu.

Ponad 40 milionów zabitych
Szkoda więc, że prezydentem Stanów Zjednoczonych nie został polityk opowiadający się za obroną życia. Byłaby szansa na inną obsadę Sądu Najwyższego i zmianę linii jego orzecznictwa. Do zmiany nadawałby się przede wszystkim wspomniany już wyrok z 1973 roku w sprawie Roe przeciw Wade, który zalegalizował aborcję w USA. Dziś wiadomo, że jego podstawa faktyczna była fałszywa. Norma McCorvey, która występowała wówczas pod pseudonimem Jane Roe, po latach przyznała, że zmyśliła bajeczkę o rzekomym gwałcie, by łatwiej uzyskać sądową zgodę na zabicie nienarodzonego dziecka. Po latach zrozumiała też niechlubną rolę, jaką odegrała w historii USA. Orzeczenie w jej sprawie sprawiło, że w Stanach Zjednoczonych uśmierconych zostało w majestacie prawa grubo ponad 40 mln nienarodzonych dzieci. Bez żadnej wojny, bez Bin Ladena i Al-Kaidy. Norma McCorvey starała się doprowadzić do podważenia wyroku z 1973 roku. – Za późno – odpowiedział jej jednak Sąd Najwyższy. Może gdyby jego skład był inny, tamta krwawa decyzja zostałaby zmieniona. Miałoby to wpływ nie tylko na Amerykę, ale także na wiele innych krajów świata, które czerpią ze Stanów cywilizacyjne wzorce.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama