GN 47/2020 Archiwum

Sądowa polityka

Sędziowie Sądu Najwyższego USA nie odchodzą nigdy, a umierają rzadko – mówią amerykańscy prawnicy. Dlatego rezygnacja sędziego Davida Soutera i powołanie jego następcy to jeden z najważniejszych momentów prezydentury Baracka Obamy.

Przytoczone powiedzenie nie jest dokładnym opisem rzeczywistości. Wyraża raczej zaprawione zazdrością przekonanie, że Sąd Najwyższy USA to prawniczy Olimp. Dla amerykańskiego prawnika nie ma bardziej prestiżowej posady i lepszego ukoronowania kariery niż znalezienie się w gronie tej wielkiej dziewiątki. Sędziowie tego trybunału są praktycznie nieusuwalni, a ich decyzje przesądzają nie tylko o losie tej czy innej skargi, ale przede wszystkim o tym, jaka będzie obowiązująca interpretacja Konstytucji USA.

Co Waszyngton miał na myśli
A Konstytucja to dla Amerykanów świętość. Uchwalona ponad 200 lat temu jako pierwszy tego rodzaju akt na świecie obowiązuje do dziś. Bardzo trudno ją zmienić, bo najpierw trzeba by zdobyć poparcie dwóch trzecich głosów w obu izbach Kongresu, a potem doprowadzić do przyjęcia poprawki przez co najmniej trzy czwarte amerykańskich stanów. W historii USA udało się to zaledwie 27 razy, a ostatnia większa fala poprawek przyjęta została na przełomie lat 60. i 70. XX w. Najnowsza, 27. Poprawka, dotycząca marginalnej kwestii ograniczenia wysokości płacy członków Kongresu, weszła wprawdzie w życie w roku 1992, ale jej zgłoszenie miało miejsce jeszcze w roku 1789, czyli ponad 200 lat wcześniej. W każdym razie tekst Konstytucji USA jest dość ogólny i od jego interpretacji zależą rozstrzygnięcia w najgorętszych sprawach społecznych. Tak było na przykład z kwestią legalności aborcji. Słowo „aborcja” nie pada w Konstytucji USA ani razu. A mimo to w 1973 r. Sąd Najwyższy uznał istnienie prawa do aborcji i to prawa konstytucyjnego. W tym i w innych przypadkach krytykę wzbudził nie tylko sam fakt przychylenia się sądu do stanowiska przeciw życiu, ale i to, że Sąd Najwyższy stał się organem już nie tylko sądowym, ale wręcz prawotwórczym. Trybunał ten rozstrzygał też kwestie bardziej incydentalne, ale pociągające bardzo poważne skutki polityczne. Tak było w 1974 roku, gdy Sąd Najwyższy nakazał administracji Richarda Nixona wydanie Senatowi kompromitujących nagrań dotyczących afery Watergate. Praktycznie przesądziło to o jego ustąpieniu z urzędu prezydenta. W roku 2000 ten sam trybunał rozstrzygnął spór co do wyniku wyborów i przyznał zwycięstwo George’owi Bushowi juniorowi.

Prawica, lewica, Kościół
Amerykańscy prezydenci zdają sobie sprawę, że mianowani przez nich (za zgodą Senatu) sędziowie Sądu Najwyższego mogą decydować o życiu publicznym Ameryki jeszcze wiele lat po upływie ich kadencji. Dlatego nominują na te stanowiska ludzi o światopoglądzie podobnym do własnego. Mamy więc sędziów o orientacji liberalnej, konserwatywnej i „obrotowych”. W obecnym składzie skrzydło liberalne reprezentują: John Stevens, Ruth Bader Ginsburg, Stephen Beyer i odchodzący właśnie David Souter. Do konserwatystów zaliczani są: Antonin Scalia, Clarence Thomas, Samuel Alito i prezes John Roberts, który uchodzi za umiarkowanego konserwatystę. Pozycję „obrotowego”, czyli przychylającego się raz do stanowiska liberałów, raz konserwatystów, zajmuje Anthony Kennedy. Większość sędziów, bo aż pięciu, to katolicy. To interesująca informacja, bo USA zbudowane zostały głównie na tradycji protestanckiej i przez wiele dziesięcioleci „papiści” niechętnie byli widziani we władzach Ameryki jako podejrzani o przedkładanie lojalności wobec Watykanu ponad lojalność wobec swego kraju. Istnienie w Sądzie Najwyższym katolickiej większości nie oznacza jednak przychylności tego trybunału dla takich kwestii jak na przykład ochrona życia nienarodzonych.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama