Nowy numer 49/2020 Archiwum

Marka "Urbanek"

Aż 60 procent przetworów warzywnych w Mongolii pochodzi z Łowicza. Pewnie dlatego mongolskie linie lotnicze MIAT serwują na pokładzie sałatkę naddunajską braci Urbanek. Azjaci jadają ją nawet z końskim mlekiem.

Firma „Bracia Urbanek” powstawała w trudnych czasach dla rozwoju prywatnego biznesu. Dzisiaj ich sałatki można kupić w wielkich sieciach handlowych, w sklepie za rogiem, w Izraelu na pielgrzymce, na wycieczce w Rosji czy u ciotki w USA. Bracia Urbanek są zaprzeczeniem teorii, która głosi, że najgorsze spółki to spółki rodzinne.

Garaż z prażynkami
Bracia Urbanek to w kolejności od najstarszego: Wojciech, Andrzej i Jacek. Wszyscy trzej ukończyli studia na wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego i wszyscy trzej od zawsze mieli smykałkę do robienia biznesu. Zaczynali w czasach, kiedy pojęcie własności prywatnej i wolnego rynku nie było tak popularne i pożądane jak dzisiaj. – Najpierw na początku lat 80. Wojtek produkował pustaki i inne materiały budowlane – opowiada pan Kazimierz, ojciec braci. – Później Andrzej z Jackiem, jeszcze na studiach, otrzymali zgodę od dziekana wydziału na założenie własnego biznesu. Jacek robił w garażu prażynki, tutaj na miejscu, w Łowiczu, a Andrzej z powodów sercowych przeniósł się do Bełchatowa i również robił tam prażynki.

Andrzej, chcąc wyjaśnić, czym były prażynki, dopowiada: – Prażynki to takie ziemniaczane „chipsy” smażone na oleju w wielkiej wannie. Kupowaliśmy w Kątach pod Wrocławiem materiał wyjściowy czyli... susz ziemniaczany. Z niego wykrawane były okrągłe talarki. Miesięcznie powstawało około 140 tys. paczek, zwykłe foliowe opakowania z czarno-białą etykietą – wspomina z uśmiechem. Prażynki Jacka z Łowicza i prażynki Andrzeja z Bełchatowa nie konkurowały ze sobą, bo bracia nie wchodzili sobie w teren. – Ja miałem teren bliżej Warszawy, a Andrzej obszar bliżej Łodzi – tłumaczy Jacek. Po jakimś czasie Andrzej wrócił do Łowicza i połączył siły z Jackiem.

Sałatkowe eldorado
Na początku lat 90., kiedy po latach komunistycznego zniewolenia Polacy poczuli wiatr w żaglach, Andrzej i Jacek pod kierownictwem ojca założyli małą firmę, która miała produkować sałatki (w 1998 do firmy dołączył najstarszy brat, Wojciech). Pan Kazimierz posiadał doświadczenie w handlu warzywami i owocami, bo przez lata pracował jako główny handlowiec w Zakładach Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego w Łowiczu. Blisko drogi wyjazdowej z Łowicza do Łodzi, powstał zakład o powierzchni 600 mkw. Od początku firma miała eksportowe ambicje, dlatego bracia musieli zwiększyć produkcję, a tym samym – powiększyć zaplecze. Zakład rozrósł się z 600 do 14 tys. metrów kwadratowych. Dziś ponad 70 proc. powierzchni stanowią magazyny. Produkty z logo „Urbanek” to między innymi: sałatka naddunajska, sałatka szwedzka, ćwikła z chrzanem, marynowany czosnek, marchewka konserwowa, szczaw konserwowy, powidła śliwkowe, no i przede wszystkim kiszone i konserwowe ogórki, które stanowią trzon produkcji. – Robimy też marynowane pomidory, ale one nie przyjęły się na rynku krajowym. Biorą je głównie odbiorcy z Rosji i Izraela. Polacy wolą świeże pomidory, prosto ze szklarni – mówi pan Kazimierz.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama