GN 43/2020 Archiwum

Dobry klimat dla talibów

Co przeciętny Polak wie o Pakistanie? Raczej niewiele. Niedawno każdy usłyszał, że tam talibowie po-rwali i brutalnie zamordowali polskiego inżyniera.

W telewizji przez kilka dni na okrągło pokazywano kilka tych samych kadrów przedstawiających uzbrojonych Pasztunów w zawojach, na tle skalistego, nieurodzajnego krajobrazu rejonu Peszawaru, Waziristanu czy doliny Swat, którzy porwali niewinnego Polaka. Przypomina to nieporozumienie z lat 90. w Polsce, gdy cygańscy żebracy stali się w naszym kraju niemal ikoną Rumunii. Tymczasem pasztuńskie terytoria plemienne mają się tak do całego Pakistanu jak Romowie do Rumunii. Są ważnym, rzucającym się w oczy, lecz zdecydowanie mniejszościowym elementem w obydwu krajach.

Podzieleni
Zbyt rzadko przypomina się podstawowe fakty. Obszar Pakistanu jest ponad 2,5 razy większy od Polski. Mieszka tam aż 170 mln ludności. Prawie wszyscy są muzułmanami. Językiem pasztu posługuje się ok. 15 proc. ludności mieszkającej wzdłuż granicy z Afganistanem. Po jej drugiej stronie mieszkają kolejne miliony Pasztunów, którzy dominują w afgańskiej polityce: i w rządzie, i wśród zwalczających go talibów. Granica między obydwoma krajami „pojawia się i znika” i jest pamiątką rzadkiej bezradności Imperium Brytyjskiego, które tu musiało uznać względność swej potęgi. Tylko część pasztuńskich terytoriów zdołano wcielić w skład Indii Brytyjskich.

Organizatorem stworzonej tam frontowej Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej był na przełomie wieków XIX i XX lord George Curzon, późniejszy projektodawca innych problematycznych granic: linii, wzdłuż której Stalin użył dla wytyczenia wschodniej granicy Polski i podziału Palestyny. W ten sposób znaczna część plemion pasztuńskich, znacząco odmiennych zwyczajami i językiem, została związana politycznie z mieszkańcami starej, osiadłej cywilizacji doliny żyznego Indusu. Głęboko podzielony jest też pakistański islam. Oprócz przecinającego cały świat islamu rozbicia na sunnitów i szyitów, stanowiący tu zdecydowaną większość sunnici są z kolei podzieleni na cztery kolejne ruchy. Każdy z nich zakłada własne szkoły, a czasem grupy zbrojne.

Mudżahedini – „dobrzy chłopcy”
Szkoły te – madrasy – są poważnym wyzwaniem dla państwa, tworząc alternatywny system edukacji. Niektóre, najbardziej radykalne, rzucają otwarte wyzwanie porządkowi świeckiemu. W czasach interwencji sowieckiej (1979–1989) w Afganistanie rząd Pakistanu przez palce patrzył, jak pasztuńscy radykałowie tworzą lub przejmują kolejne madrasy, edukując w wierze i walce kolejnych adeptów dżihadu za zachodnią granicą. Przez palce patrzyli też Amerykanie. Liczyła się tylko wojna z Sowietami. A kto był lepiej zmotywowany do walki z ateistycznym wrogiem niż płonący religijnym zapałem brodaci studenci madras? Wtedy nazywaliśmy ich mudżahedinami i „byli OK”. Byli prawie sojusznikami w walce z komunizmem. Byłoby pięknie, gdyby nie to, że w ich pojęciu był to dżihad, a do jego organizacji skorzystano z ludzi takich jak Osama bin Laden i ośrodków szkoleniowych takich jak radykalne madrasy w Pakistanie. Owszem, zmusili oni Armię Czerwoną do odwrotu, ale ani Osama, ani madrasy nie przestały działać. Nowym ich wrogiem stał się Zachód i jego lokalni sojusznicy, świeckie rządy w krajach muzułmańskich. Choć tak naprawdę nie przepadali za Zachodem nawet wtedy, kiedy wydawali się nam „dobrymi chłopcami”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama