Nowy numer 43/2020 Archiwum

Najmniejszy kawałek chleba

Gdy rozpoczął się głód, Jadwiga Szymańska zobaczyła, że za szafką leży skóra ich kota. - Myśmy wszystko zrozumieli, ale nic nie mówiliśmy - pamięta. - Mama ugotowała go na „burżujce” – piecyku z kominem wychodzącym przez okno.

Kiedy w 1941r. zaczęła się w Rosji wojna, Jadwiga Szymańska miała 13 lat. Niby mało, ale dużo, żeby wiedzieć, co jest dla niej ważne. A ważne było to, że choć mieszkała w Leningradzie, była Polką, tak jak mama Justyna i tata Antoni. Razem z siostrą Weroniką, bratem Romkiem i bratankiem ojca – Ignacem uczyli się polskiego na Litanii do Wszystkich Świętych. Bo innych polskich książek nie mieli. Tacie bardzo zależało, żeby dzieci znały ojczysty język. Dla ćwiczenia kazał im pisać listy do jego braci i sióstr zesłanych na Syberię. – W jednym z listów napisałam: „Rak wasze zdrowie?”. To był błąd – zamiast „jak” napisałam „rak”. Jak tata przeczytał, bardzo się rozgniewał – wspomina Jadwiga.

Kola był ostatni
– Jak się żyło podczas oblężenia Leningradu? – pytam. – Nie żyło się, ale umierało – patrzy na mnie spokojnie, bez uśmiechu. I zaczyna opowiadać. – Jeszcze jesienią jeździliśmy na pola zbierać liście, co zostały po kapuście. Takie czarne, zakiszone, trzymaliśmy w słojach. W sklepach staliśmy w długich ogonkach, żeby kupić resztki jarzyn. Wcześniej, we wrześniu, dostawaliśmy takie wytłoczyny dla bydła. Te od słonecznika dobre były, ale od musztardy obrzydliwe. Na początku nie chcieliśmy ich jeść, a potem, jak nam się zachciało, już ich nie było. W końcu zostaliśmy tylko z kawałkiem chleba – 12,5 grama dziennie na jednego człowieka. To taka kromeczka. Zupełnie nic, pani. Ludzie padali jak muchy. Najpierw mężczyźni, może dlatego, że potrzebowali więcej jedzenia. Po drugie palili, pili i ten swój chleb wymieniali na wódkę i papierosy.

Już jesienią 1941 ich ciała leżały pokotem na ulicach. Na początku to się ich jeszcze chowało, ale potem w domach leżeli niepogrzebani. Zima rozpoczęła się już w listopadzie, zamarzła Ładoga, mrozy trzymały do wiosny. Nie było trumien, kto mógł, trupa zawiniętego w prześcieradło ciągnął na cmentarz. Ale wielu brakowało sił, żeby chodzić, a co dopiero trupy chować. Człowiek sam ulicą idzie, osunie się, nikt mu ręki nie poda. Za chwilę go śniegiem zaniesie. Raz musiałam pójść do zarządu domu za jakimś papierem, ale już nie było elektryczności. Szłam po ciemku długim korytarzem i nagle się potknęłam. Wyczułam, że pode mną leży zmarły. – Przeraziła się pani? – Nie, zupełnie! Śmierć już była czymś tak zwykłym, że zupełnie zobojętnieliśmy. Tylko wracając, pamiętałam, że muszę na zwłoki uważać. Człowiek przyzwyczai się, że w jego domu w każdym pokoju ktoś martwy leży. W naszym korytarzu 6 rodzin mieszkało. Wszyscy poumierali. Został tylko Kola, mój rówieśnik, do 4 klasy chodziliśmy. Ale on też potem zmarł.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama